Pomost przy jeziorze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Pomost przy jeziorze

Pisanie by Veneficium on Wto Paź 18, 2016 11:10 am

Długi i szeroki pomost z desek różnej wielkości i różnego rodzaju drewna unosi się ponad powierzchnią wody. W wietrzne dni delikatnie podmywany, przez większość czasu jest całkiem przyjemnym miejscem. Z lewej strony - patrząc od brzegu - ustawiono niewielką barierkę a na niej kolorowe słoiki pełne migoczących płomieni.

_________________

Veneficium

avatar

avatar
Cytat : Jak wszędzie będziesz miał na skróty, to w końcu w ogóle przestaniesz chodzić.

Gif :

Ranga : Pan i Władca

Punkty doświadczenia :

Punkty Życia :

Wiek :

Krew : Najczystsza

Narodowość : Światowa

Pieniądze :

Admin

Powrót do góry Go down

Re: Pomost przy jeziorze

Pisanie by James La'Vaqlorie on Pon Maj 08, 2017 4:45 pm

Mimo, że dzień był dość ciepły, a i w nocy termometry wskazywały temperaturę powyżej 10 stopni, nad jeziorem niedaleko kampusu wiało chłodem od ciemnej toni pogrążającej się z wolna w półmroku. Na niebie widać było tylko nieliczne chmury, które nie były w stanie skryć wielkiej, świetlistej kuli, która świeciła piękną pełnią. 
Wielki wilk wyłonił się z cienia, które rzucały drzewa rosnące naokoło, a gdy światło księżyca oświeciło jego chudą sylwetkę, przymrużył lekko błyszczące ślepia, jak gdyby były to ciepłe promienie letniego słońca. Był dużo większy niż przeciętni przedstawiciele tego gatunku. Jego długie pazurzaste łapy zostawiały ślady na piaszczystym brzegu, gdy ruszył leniwie w kierunku pomostu. Sierść miał gęstą, jednak nawet ona nie była w stanie zakryć wystających kości miednicy oraz zapadniętych boków, nie był to jednak obraz chorego, wyniszczonego zwierzęcia, a raczej takiego, z którego surowe życie stworzyło niebezpiecznego drapieżnika. 
Gdy dotarł na koniec pomostu, przysiadł na łapach, a jego długa kita zawinęła się przy boku. Widok jeziora oświetlanego przez pełnię księżyca był piękny i przerażający jednocześnie. Wilk siedział przez chwilę wpatrując się w ten obrazek, po czym uniósł swoje groźne ślepia nieco wyżej i spojrzał prosto w jego najpiękniejszą część. Zawył podłużnie, niemalże z tęsknotą za czymś, co jest tak piękne i tak trudne do dosięgnięcia jednocześnie. Wycie nie było typowo zwierzęce, zawierało w sobie wyraźny dźwięk mocno ludzkich emocji, mimo że wciąż należało do wilka. 
Kiedy skończył, opuścił lekko łeb i wbił wzrok w swoje odbicie w tafli jeziora. Długi pysk, mądre, groźne ślepia, zgrabnie sterczące uszy. 
James jak przy każdej pełni korzystał z możliwości zrelaksowania się, bo właśnie to dawał mu blask księżyca - jakieś takie przedziwne odprężenie, połączone z nostalgią, która przynosiła spokój. Przez chwilę mógł się wyłączyć i oddać temu dzikiemu rytuałowi w samotności. To miała być długa, przyjemna noc, a on, przekonany że jak każda jej podobna, pozostanie również samotna, przybrał swoją ludzką postać, nie przejmując się nagością po przemianie. Jego spodenki leżały gdzieś w lesie i mogły przylecieć do niego na jedno skinienie różdżką, teraz jednak o tym nie myślał. Światło księżyca wyraźnie padało na jego liczne tatuaże, sprawiając, że mężczyzna wyglądał jeszcze bardziej dziko niż zazwyczaj. Jego udo przewiązane było rzemykiem, którego wcześniej u wilka nie było widać przez gęstą sierść. Za niego wciśnięta była ciemna, ładnie wykonana różdżka, bez której właściciel nie wybrałby się prawie nigdzie, a już na pewno nie nad jezioro, w którym grasuje kelpie. Nie żeby się specjalnie obawiał, nie należał do ludzi ostrożnych, wręcz przeciwnie, pchał się w niebezpieczeństwo często nawet na siłę, nie myśląc o konsekwencjach. Uważał jednak, że świadoma bezbronność w sytuacji zagrożenia równała się głupocie i jeżeli można było jej zapobiec, należało to zrobić.
James siedział tak przez dłuższą chwilę, na klęczkach. Ktoś mógłby pomyśleć, że się modli, gdyby nie jego istnie niereligijny wygląd. Bardziej przypominał jakiegoś szamana, który zaraz wyciągnie skądś (ciekawe skąd) rytualny nóż, by złożyć coś, bądź kogoś w ofierze. Takiemu komuś nie chciałoby się przeszkadzać, cokolwiek by nie robił. 
James raczej i tak nie spodziewał się tutaj towarzystwa, co w obecnej chwili mu bardzo odpowiadało. Kto w końcu chodzi nad zamieszkałe przez kelpie jezioro w środku nocy i to jeszcze w pełni? Dlatego siedział i oglądał to piękne przedstawienie jakim była pełnia księżyca. Nieczuły na chłód, chłonął tę noc przez nagą skórę, niczym narkoman.

James La'Vaqlorie

avatar

avatar
Cytat : Desire, I'm hungry

Gif : Big Bad Wolf

Ranga : Big Bad Wolf

Punkty doświadczenia : 75

Punkty Życia : 100

Wiek : 30

Krew : Czysta

Narodowość : Anglik

Pieniądze : 150G

Pracownicy Uniwersytetu

Powrót do góry Go down

Re: Pomost przy jeziorze

Pisanie by Clotilde Coletti on Pon Maj 08, 2017 8:00 pm

Kto chodzi nad zamieszkałe przez kelpie jezioro w środku nocy i to jeszcze podczas pełni? No jak to kto, studenci! A przynajmniej jedna studentka, która w tej kwestii mogła zgodzić się z panem profesorem - bezbronność była zła. Również miała więc przy sobie różdżkę, ale w przeciwieństwie do belfra, który aż zanadto wystawił się tej nocy na widok publiczny (nie żeby ktoś miał mieć pretensje, a fe!) postawiła też na barwy ochronne. Czarny dres z matowego materiału i ulizane na czubku głowy włosy sprawiały, że nawet w intensywnym księżycowym świetle wtapiała się w tło, a całości dopełniała wysmarowana węglem buzia. I tylko świecące, różowe trampki (jeden już pozbawiony sznurówki) jakoś nie pasowały do ogólnej stylizacji. Nie miało to jednak większego znaczenia - ostatnie czterdzieści trzy minuty Clotilde spędziła bowiem na leżąco, czając się w krzakach niedaleko Labiryntu Wargów i uważnie wpatrując się w wejście. Planując całą eskapadę (a odkąd wywiało jej akademik do miasteczka,  każde pozostanie nocą na terenie uczelni wymagało od niej specjalnych przygotowań) nie wiedziała do końca, co właściwie chciała osiągnąć. Pomijając już fakt, że wtargnięcie do środka nawet jak na nią byłoby dość idiotyczne, to Sköll i Hati dobrze pełnili swoje obowiązki, a od czasu burzy i kamiennej mantikory Włoszka miała stanowczo dosyć ożywionych posągów. Nie było też żadnego wyraźnego powodu, dla którego do swoich badań powinna wykorzystać akurat krew wilkołaka, a nie na przykład wili, ale to już zwalić można było na karb wiejskich korzeni Nonno - jakoś tak ta genetyka działała - i fakt, że chodził jesienią po grzyby mimo tego, że grzybów nie znosił. "Jak życie daje to bierz garściami!" jak to powiadają, i chociaż summa summarum Clotilde uznała całą akcję za zwykły zwiad, to była rozczarowana tym, że nie udało jej się nawet zobaczyć kto wchodzi do środka. Niby XXI wiek, niby tolerancja, rehabilitacja, taka sytuacja, a jakoś nikt się specjalnie ze swoim futerkowym problemem nie obnosił... Dlatego kiedy ciszę nocy przerwało wycie dochodzące nie z labiryntu, a gdzieś z oddali, poderwała się na nogi i nie zaprzątała sobie głowy myśleniem.
- Uciekł im... - mruknęła sama do siebie, a wytrzeszczone oczy zalśniły z podniecenia. Upewniła się jeszcze tylko, że różdżkę wciąż ma wciśniętą za ucho i szybkim krokiem ruszyła w stronę jeziora, pi razy oko obierając właściwy kierunek.
Klucząc od jednej kępy roślin do drugiej, wsłuchiwała się w otaczające ją dźwięki, starając się wyłowić z nich cokolwiek co świadczyło by o tym, że nie jest w tej ciemności sama. Szuranie łap o ziemię, dźwięk wbijających się w drewno pazurów czy chrzęst kości, choć bez wątpienia upiorne, były teraz jednymi z najbardziej pożądanych przez nią dźwięków. Nie wspominając już o wyciu, które - stety czy niestety - już się nie powtórzyło. Ostatecznie nad jezioro dotarła więc bez uszczerbku na zdrowiu, gubiąc po drodze jedynie kilkadziesiąt z kilkuset igieł i liści, które przyczepiły jej się do ubrania i powplatały we włosy. Przez kilka minut stała jeszcze w cieniu drzew, licząc na to, że coś się jednak wydarzy, a kiedy nic to nie dało i jedyne co mogła zrobić to pogodzić się z tym, że cokolwiek wyło to już sobie poszło, wyszła z ukrycia prosto w plamę światła między drzewami a jeziorem.
I wtedy go zobaczyła.
Nic sobie nie robiąc z faktu, że wygląda jak kominiarz skrzyżowany z leśnikiem, podbiegła do pomostu, by po kilku uderzeniach trampek o drewniane belki stanąć nad profesorem.
- To ty żeś wył?! - spytała, nie siląc się na powitanie i nie kryjąc rozczarowania. Z początku nawet nie zorientowała się, że James jest nagi, a kiedy wreszcie to do niej dotarło, wyraźnie odcinające się na tle umorusanej buzi, szare oczy o kilka sekund zbyt długo śledziły plamki kolorowego światła odbijającego się od jego wytatuowanego ciała. Przysłoniła oczy dłonią, nie kryjąc jednocześnie szerokiego uśmiechu.
- Nie pływaj. Tu mieszka ten koń co zjada ludzi. - Rozchyliła nieco palce.

_________________

CLOTILDE COLETTI
What a beautiful mistake...

Clotilde Coletti

avatar

avatar
Cytat : Z tego nic nie będzie choć powstanie~

Gif :

Ranga : Malkavian ❤

Punkty doświadczenia : 57

Punkty Życia : 100

Wiek : 19 lat

Krew : Półkrwi

Narodowość : Włoszka

Pieniądze : 44G 10S 18K

Wydział Magii Eksperymentalnej i Katedra Magicznego Sportu

Powrót do góry Go down

Re: Pomost przy jeziorze

Pisanie by James La'Vaqlorie on Pon Maj 08, 2017 10:26 pm

Powietrze było tu chłodniejsze, jednak siedzącemu na pomoście mężczyźnie wcale to nie przeszkadzało. Zabawne, jak niektóre, pozornie nieprzyjemne bodźce, potrafiły uspokajać i dawać swego rodzaju ukojenie. Ciało Jamesa przyzwyczajone za młodu do skrajnego afrykańskiego klimatu, nie robiło sobie zbyt wiele z lekkiego chłodu. Spokój był tak przyjemny, że wegetacja stawała się relaksem, a światło pełni miało działanie terapeutyczne przez skórę i mięśnie, aż po sam umysł mężczyzny. Gdyby ktoś go teraz spytał, pewnie powiedziałby, że ta chwila mogłaby trwać wiecznie, rzeczywistość jednak miała dla niego zgoła inne plany. 
Czas jaki spędził w spokoju nad jeziorem był ciężki do określenia, bo zazwyczaj James w takie noce jak ta zwyczajnie tracił jego poczucie. W pewnym momencie jednak do jego uszu dotarł odgłos szeleszczących gałęzi i łamiących się malutkich patyków leżących wśród leśnej ściółki. Wiedział, że nie było to zwierzę, bo one zdecydowanie potrafiły poruszać się ciszej, pozostawała więc opcja albo jakiegoś psychola, który lubi napadać na ludzi chodzących samotnie po lesie... albo studenta. No bo serio, kto inny by się tutaj zapuszczał? 
Kiedy usłyszał wyraźniejsze kroki, odwrócił się i chociaż po burzy kręconych, ciemnych włosów w końcu rozpoznał właściwą osobę, z początku pomyślał, że ma do czynienia z jakimś dziwnym magicznym mieszkańcem lasu, w trampkach. Odetchnął mimowolnie. 
- Klota. Wziąłem cię za ghula z bagien. - Przeciągnął po niej wzrokiem, wyjątkowo krytycznie. - Wyglądasz gorzej niż ghul z bagien - ocenił, a kącik jego ust drgnął  nikłym uśmiechu. 
Czy to dziwne, że już przyzwyczaił się do widywania jej w najmniej spodziewanych momentach? Teraz może i udało jej się go nieco zaskoczyć, nie był to jednak głęboki szok, ani coś w gruncie rzeczy nieprzewidywalnego. Pojawiała się najczęściej tam, gdzie być jej nie powinno, robiła rzeczy nierozsądne i irytowała go tym niemiłosiernie, ale za to między innymi uznawał ją za jedną z ciekawszych osobowości na tej uczelni. Nie było osoby, która tak by go wkurzała jak ona i wzbudzała nieopisaną sympatię jednocześnie.
Uniósł jedną brew ku górze widząc, że dziewczyna wciąż zakrywa oczy ręką, a jego usta wygięły się w kolejnym złośliwym uśmiechu. 
- Nie udawaj, że jestem w stanie jeszcze cię czymś zawstydzić. - Spojrzał na chwilę w kierunku wody, po czym znowu na nią. - Nie miałem zamiaru pływać, ale tobie trochę wody z pewnością by teraz nie zaszkodziło. - Kolejna krytyczna mina. - Nawet nie wiem czy mam pytać gdzie byłaś.
No właśnie. Czym go wkurzała tak bardzo? Tym, że za bardzo ją lubił, a ona była za bardzo roztrzepana i nierozsądna. I za to, że przy nikim innym nie czuł się takim starym, zrzędzącym nudziarzem, jak przy niej i nie pomagał wcale fakt, że jej pomysły były po prostu pojebane. To on jej musiał o tym mówić i to on wychodził na tego mniej rozrywkowego. Poza tym jakieś takie dziwne uczucie zawsze go ściskało od środka. Ah tak, on się o nią martwił. Była jedną z niewielu osób, na których mu zależało, chociaż wolał tego nie przyznawać na głos. Nawet przed sobą. Wolał nazywać ją uroczym wrzodem na dupie. To jakoś łatwiej przechodziło mu przez gardło.
Wstał nie przejmując się swoją nagością, ani tym, że Klota stała tuż przed nim. Zero przyzwoitości i zero skromności. Wyciągnął jej dość sporą gałązkę z włosów i przeleciał ciemnym spojrzeniem po brudnej twarzy. Palcem zgarnął nieco osadu z jej policzka, a w jego oczach pojawiła się rozbawiona iskra. 
- Nie no serio, na co tym razem polowałaś..? - spytał i jeszcze zanim dokończył pytanie, w jego głowie zapaliła się czerwona lampka. Zmarszczył lekko czoło i odwrócił się w stronę księżyca w pełni. Wcześniej pytała go o wycie. Przypadek? 
Zwrócił swoje spojrzenie z powrotem na nią, tym razem jednak było ono ostre jak brzytwa. 
- Klota? Czyś ty zwariowała? 
To było jedno z tych idiotycznie retorycznych pytań, które po prostu cisnęły się na usta.

James La'Vaqlorie

avatar

avatar
Cytat : Desire, I'm hungry

Gif : Big Bad Wolf

Ranga : Big Bad Wolf

Punkty doświadczenia : 75

Punkty Życia : 100

Wiek : 30

Krew : Czysta

Narodowość : Anglik

Pieniądze : 150G

Pracownicy Uniwersytetu

Powrót do góry Go down

Re: Pomost przy jeziorze

Pisanie by Clotilde Coletti on Wto Maj 09, 2017 3:25 am

Jedna z głębokich prawd życiowych, drukowana we wszystkich poradnikach od 1,99 za sztukę głosi, że jeśli nie można czegoś zmienić, to należy to zaakceptować. James najwyraźniej czytał te poradniki, dlatego i tym razem nie wyglądał na zaskoczonego faktem, że Clotilde przerwała chwilę jego słodkiej samotności. Włoszka tak już miała, że wpierdzielała się wszędzie nie tylko z buta (różowego oczywiście), ale jeszcze z przytupem. Zresztą nie oszukujmy się - nawet kiedy starała się zachowywać po cichu, wszechświat podsuwał jej pod nogi wszystkie swoje szeleszczące i trzeszczące elementy. Oj, marny byłby z niej tropiciel (zwłaszcza, że szukając wilczych śladów przeoczyła całkiem przecież widoczny odcisk łapy na piasku), ale przyjmijmy, że te hałasy to przez dodatkowy palec...
- Nonno mówił, że mam w rodzinie ghula. Ale nie mieszkał na bagnach tylko obok salonu na piętrze. A może to był goblin..? - Zmarszczyła na chwilę czoło, zastanawiając się nad rozwikłaniem zagadki i wzruszyła ramionami, nic sobie nie robiąc z tego przytyku. Tak było przez większą część ich relacji - James z niej szydził, na zmianę bardziej lub mniej otwarcie, a Clotilde nic sobie z tego nie robiła, przyjmując do świadomości ledwie część z jego uwag, a nawet wtedy wydawała się być kompletnie niewzruszona złośliwością mężczyzny. Jego szorstka powierzchowność nie tylko nie robiła na niej wrażenia - dziewczyna zdawała się jej kompletnie nie dostrzegać, a gdyby ktoś ją spytał co sądzi o profesorze La'Vaqlorie, pewnie nawet by palnęła, że jest miły! Czasem nawet zbyt miły... I nie miałaby tu na myśli wydarzenia, które miało miejsce jeszcze zanim poznali się oficjalnie na uczelnianym korytarzu, i które to zamiast skomplikować ich relację (jak to powinno teoretycznie wyglądać) nadało jej dość osobliwego charakteru. 
- A chcesz spróbować? - opuściła dłoń. - ŻARTOWAŁAM! - dodała szybko, rozglądając się na boki. Na całe szczęście w pobliżu nie było widać żadnych świadków. - Wolałabym sok. - Kiedy wstał, odważnie zrobiła krok w jego stronę. - Biegałam? - Z uśmiechem i uniesioną brwią poddała się tym wszystkim miękkim gestom. Lubiła je nie mniej od ich długich rozmów o transmutacji czy magii rytualnej, nawet jeśli on wciąż wzbraniał się przed udzieleniem jej kilku informacji na temat voodoo. Tak jak wciąż nie pozwolił jej pokolorować flamastrami kilku ze swoich tatuaży, ale co się odwlecze... 
Heh, chwilowo jednak miał się odwlec miły nastrój, bo oto panienka Coletti została zdemaskowana! W dodatku James postanowił być zbyt miły i się o nią zatroszczyć. Wytrzeszczone oczy dziewczęcia podążyły za jego spojrzeniem, a księżyc odbił się w nich ze zdwojoną mocą. Clotilde przełknęła ślinę, robiąc zdecydowany krok do tyłu, nim pan upierdliwy wrzut na tyłku numer 2 (pierwsze miejsce  bezkonkurencyjnie zajmowała Nonna) zdążył się rozkręcić.
- EKSPERYMENT! - wykrzyknęła hasło, już chyba machinalnie używane przez studentów przyłapywanych na tak niecnych uczynkach jak warzenie alkoholu w męskiej szatni czy wieszanie woźnego na drzewie i uniosła ręce w obronnym geście. - - Tranquillamente, patrzyłam tylko, zamknęli je przecież w tym splątanym bez dachu, i czyś ty zwariował, weź ty usiądź chociaż, jak ktoś tu przylezie to nie będę do wody skakała, tam koń jest, on ludzi zjada... - Żywo gestykulując zrobiła jeszcze jeden krok do tyłu i położyła się na pomoście. Westchnęła ciężko, teatralnie niemal i wsunęła ręce pod głowę.
-Dziecko sobie powinieneś machnąć. - Mruknęła pod nosem, nie dbając o to czy ją usłyszy. Nie minęło jednak nawet dziesięć sekund, kiedy jej emocje diametralnie się zmieniły. - Mówiłam ci już, że wymyśliłam jak ulepszyć kalosze?

_________________

CLOTILDE COLETTI
What a beautiful mistake...

Clotilde Coletti

avatar

avatar
Cytat : Z tego nic nie będzie choć powstanie~

Gif :

Ranga : Malkavian ❤

Punkty doświadczenia : 57

Punkty Życia : 100

Wiek : 19 lat

Krew : Półkrwi

Narodowość : Włoszka

Pieniądze : 44G 10S 18K

Wydział Magii Eksperymentalnej i Katedra Magicznego Sportu

Powrót do góry Go down

Re: Pomost przy jeziorze

Pisanie by James La'Vaqlorie on Wto Maj 09, 2017 10:35 am

James co prawda nie kupował poradników za 1,99, ale przy Clotilde szybko szło się nauczyć wszystkiego, cokolwiek mogłoby być napisane w rozdziale "przypadki beznadziejne". Jeżeli człowiek chciał przy niej funkcjonować normalnie, musiał być niewrażliwy na pewne anomalie. To nie tak, że miało się do czynienia z kimś szalonym. Po prostu wszystko w Clotilde było niezwykłe i James wolał pozostawić to w takiej właśnie interpretacji, zdecydowanie lepiej mu ona pasowała do rzeczywistej sytuacji.
Nie chciał mówić na głos tego, że być może zyskała w dzieciństwie coś z owego goblina, mieszkającego na piętrze. Wystarczyło jego sugestywne spojrzenie, które świadczyło o takim właśnie przekonaniu. 
- Gdybyś się wykąpała, byłby z ciebie o wiele ładniejszy goblin - mruknął tylko z nutą rozbawienia w głosie, potwierdzając tezę, że ich relacja była pełna sprzeczności. Doczepki, złośliwości i czułości. Uroczy starszy brat, który nie mógł do końca wyrzucić z głowy obrazu jednej upojnej nocy, którą spędzili wspólnie, nawet się jeszcze nie znając. Kloti miała rację, wcale im to pierwsze spotkanie nie przeszkodziło w rozwijaniu dalszej relacji. James z czasem po prostu doszedł do wniosku, że nie tylko w łóżku była szalona. 
Gdy opuściła dłoń z oczu, on przewrócił jedynie oczami, wstając jednocześnie. Lawirując między dwoma niezupełnie dającymi się połączyć stosunkami, tej dwójce w jakiś sposób udało się znaleźć dziwne rozwiązanie pomiędzy.
Widząc, że dziewczyna rozgląda się naokoło, szukając ewentualnych, nieproszonych świadków ich spotkania, James roześmiał się cicho, nieco warkliwie jak na wilka przystało. 
- Jest środek nocy, Clotilde, nikt cię tu nie nakryje na podglądaniu profesora od transmtacji. - Uśmiechnął się szelmowsko. Lubił tę ich pokręconą znajomość, pod wieloma względami była jedyna w swoim rodzaju. Dziewczyna wiedziała o nim dość sporo i zadziwiające było to, że wcale mu to nie przeszkadzało. I to nie tak, że chciał jej pilnować na każdym kroku. Po prostu widząc tak nierozsądną i jednocześnie tak uroczą istotę jak ona, nie szło się nie wkurwić, gdy robiła coś wyjątkowo głupiego. Tak głupiego jak polowanie na wilkołaki. Polowanie! Patrząc na tą niewielką studentkę, sama myśl o tym brzmiała wyjątkowo abstrakcyjnie. James był profesorem już od jakiegoś czasu, i chociaż nie należał do tych, którzy budują swoją reputację na strachu (przynajmniej nie specjalnie, bo u niego to akurat jakoś samo z siebie wychodziło, że wszyscy się go bali), potrafił zmrozić karcącym spojrzeniem w parę sekund, przywodząc na myśl groźnego wilka, gotowego do skoku. Nie była to bezpodstawna groźba, jakiś przytyk, który można było zignorować, wzruszyć ramionami, stwierdzić, że pan profesor się uczepił jak mucha gówna czy tam rzep psiego ogona. Nie, tutaj widziało się dalekosiężne konsekwencje i być może właśnie ta wiarygodność jego złości sprawiała, że studenci woleli z nim nie zadzierać. Niestety Clotilde wyróżniała się w tym szeregu, bo albo on nie potrafił się na nią złościć aż tak bardzo (chociaż jemu wydawało się, że złości się jeszcze bardziej, niż zwykle), albo po prostu mądra dziewczyna wiedziała, że serce wilka w końcu zmięknie pod wpływem jej wielkich, niewinnych oczu. 
W tym momencie miał ochotę ją złapać za ramiona i potrząsnąć mocno, wiedział jednak, że i to by za wiele nie pomogło. Zresztą uciekła szybko z zasięgu jego rąk, a on mógł tylko stać i czuć jak kipiąca złość gdzieś powoli, bezsensownie wyparowuje gdy tylko zaczęła się tłumaczyć z tym swoim włoskim akcentem. Uniósł brwi do góry. 
- Koń przeraża cię bardziej niż wilkołaki - zauważył, kiwając głową z ironicznym wrażeniem, że uważa to za rozsądne. - No i jasne, że tylko patrzyłaś, a jak usłyszałaś wycie, to przybiegłaś nad jezioro... Też pewnie tylko popatrzeć, co? - Pokręcił głową, przeklinając się w duchu za to, że znowu brzmi jak nudny tatuś. - Szlag by cię, Klota. Walka z tobą to jak walenie głową w ścianę. 
Patrzył jak kładzie się na deskach pomostu, a słysząc komentarz o dziecku nie zdenerwował się tak bardzo, jak na późniejszą zmianę tematu na kalosze. Zacisnął ręce w pięści na chwilę po czym westchnął, mając nadzieję, że głębszy oddech go uspokoi. 
- Gówno mnie obchodzą twoje kalosze, dzieciaku - odparł ze złością, teraz już bardziej zły na siebie niż na nią. Wyciągnął różdżkę zza sznurka obwiązującego mu udo. 
"Accio spodnie!"
Zaklęcie niewerbalne przywołało jego krótkie szorty gdzieś z czeluści lasu, pokryte sporą ilością gałązek, które musiały zgarnąć z drzew po drodze nad jezioro. Złapał je zręcznie w locie, wetknął różdżkę na miejsce. Strzepnął jednym ruchem ściółkę leśną z ciemnego materiału, po czym nasunął spodenki na biodra. Były luźne, tak że opadły mu nieco na dół odsłaniając górne części pachwin, ale zasłaniały to, co zasłaniać powinny. Stał przez chwilę patrząc na dziewczynę z góry, a jego ręka w tym czasie wyciągnęła z kieszeni spodni zapalniczkę i paczkę papierosów. Odpalił sobie jednego po czym usiadł na deskach po turecku. Zaciągnął się dymem raz przez usta, a gdy go wypuszczał, drugi raz zaciągnął nosem. Odetchnął nieco zgarbiony, jak gdyby złość zdołała go zmęczyć. 
- Jak ulepszyć kalosze? - spytał z rezygnacją, niemal pojednawczo, niczym starszy brat, który w końcu zrozumiał, że młodszej siostrze należy się nieco wyrozumiałości.

James La'Vaqlorie

avatar

avatar
Cytat : Desire, I'm hungry

Gif : Big Bad Wolf

Ranga : Big Bad Wolf

Punkty doświadczenia : 75

Punkty Życia : 100

Wiek : 30

Krew : Czysta

Narodowość : Anglik

Pieniądze : 150G

Pracownicy Uniwersytetu

Powrót do góry Go down

Re: Pomost przy jeziorze

Pisanie by Clotilde Coletti on Wto Maj 09, 2017 4:17 pm

Jeśli wziąć jakiś poradnik, traktujący o tym jak odnaleźć nadzieję w beznadziejności, można było być prawie pewnym, że Clotilde wszystkie zawarte w nim mądrości miała w jednym palcu (pewno stąd ten zapasowy). O wiele łatwiej przychodziło zrozumienie niektórych zachowań dziewczyny, kiedy człowiek podchodził do niej ze świadomością, że dla Włoszki cały świat był swoistą anomalią (w końcu fakt, że to wszystko jeszcze się nie rozdupcyło szokował już o wiele tęższe głowy), a ona była w nim tylko figurą. W dodatku taką, która - choć nieustannie w ruchu - szczególnie upodobała sobie obserwację. Przy takim podejściu nie tylko łatwo było zaprzepaścić poczucie rzeczywistości, ale też zapomnieć o fizyczności i towarzyszących jej ograniczeniach, a wreszcie i o ludziach, którzy - nawet jeśli już stwierdzili, że oprócz piątej klepki brakuje jej też czwartej i trzeciej - wciąż domagali się w pewnych momentach jej reakcji. I pół biedy, jeśli liczyli na cokolwiek! To już jako tako opanowała i coraz rzadziej zdarzały jej się publicznie chwile, w których pod czarną czupryną następował reset. Jeśli jednak ktoś pokusił się o konkretne wymagania... Cóż. Dodatkowo, nawet jeśli Clotilde kiedykolwiek zastanawiała się co wypada, a co nie wypada, gwałtowny start relacji z Jamesem sprawił, że gładko pominęła kilka rozdziałów znajomości, w których to w głowie powinna jej się zapalić ostrzegawcza tabliczka z napisem "ludzie tak nie postępują". Mężczyzna dość szybko zyskał więc przywilej obserwacji tego stworzenia w pełnej krasie, w jego naturalnym środowisku, które z całą pewnością nie było tym światem, z jego ogólnie przyjętymi normami. W sumie - dość wątpliwy przywilej.
Clotilde potrząsnęła głową, nie przestając zerkać na boki. Skoro James nie spodziewał się jej dzisiaj na pomoście, to nie mógł wykluczyć, że nad jeziorem nie pojawi się ktoś jeszcze. STAŁA CZUJNOŚĆ! Piękna dewiza dla kogoś, kto co kilka dni szukał pióra, trzymając je jednocześnie w zębach. Tak czy siak, to był MUMiCz - wariatów nie brakowało, a byłoby bardzo, bardzo ble, gdyby w krzakach zaczaił się Ichabod z aparatem czy inna pijawka z tej udającej gazetę ulotki. I pal licho plotki czy nawet egzaminy komisyjne - to nie o siebie się bała. Nawet ona zdawała sobie sprawę z tego, że jej relacja z La'Vaqlorie nie należała do typowych, a rektor Nott czy - nie daj boziu! - dziekan Peeman, trudno byłoby przekonać, że wszystko to dawno i nieprawda. W końcu, na tyle na ile potrafiła zrozumieć emocje, lubiła znajomość z Jamesem, nawet jeśli nie zawsze potrafiła zrozumieć jego samego. Tak jak w tej chwili...
- Ten koń to LUDOJAD. Wolę mieć dodatkowy okres w pełnię niż jelito wokół szyi. Chociaż w sumie... - zmarszczyła czoło, zupelnie jakby na poważnie zastanawiała się, która z tych opcji byłaby bardziej akceptowalna. - No jasne - odparła z uśmiechem. - A co się napatrzyłam to moje. - Uniosła brew, nie mogąc sobie darować sugestywnego spojrzenia i cicho parsknęła. - Dlatego noszę amortyzator. - Podniosła ręce i przygniotła loki do głowy.
Przez całą dyskusję wydawała się być kompletnie nieporuszona, i nawet kiedy próba zmiany tematu poczatkowo spełzła na niczym, ciągle wpatrywała się w niebo z tą samą, na wpół obojętną i na wpół zadowoloną z siebie miną. Wybuchy profesora La'Vaqlorie, tak jak jego spojrzenie, przed którym tak umykała większość studentów, nie przerażały jej. I faktycznie, choć częściowo było to spowodowane jej własną osobowością, to nie bez znaczenia był fakt, że miała pełną świadomość, iż ten groźnie wyglądający mężczyzna nie potrafił złościć się zbyt długo. I nie było sensu doszukiwać się w jej zachowaniu wyrachowania - to było o wiele zbyt skomplikowane, jak na ten wypełniony tysiącami szumów umysł, a poza tym nie prowokowała go przecież celowo. No i wyznawała jeszcze jedną, prostą zasadę: "Póki nie gryzie, niech się drze". O wiele lepiej było przeczekać tego typu akcje, i to właśnie postanowiła zrobić. Zaczęła powtarzać w głowie wielokrotność liczby 17, a że liczenie nigdy nie było jej mocną stroną, doszła ledwie do 102, kiedy James - już ubrany - odezwał się o wiele spokojniejszym tonem. Wyginając usta w kolejnym, zdecydowadnie jednak delikatniejszym uśmiechu, uniosła się nieco i podpełzła, by położyć głowę na jego skrzyżowanych nogach.
- Nie powinieneś palić. Zrobią ci się dziury w płucach i jak się kiedyś zachłyśniesz to zaleje ci śledzionę. - Odchyliła głowę i spojrzała mu w oczy. - I się nie piekl już. Obiecuję, że wezmę prysznic jak tylko wrócę do akademika. - Wyszczerzyła się, z nikłym cieniem świadomości, że to nie o to chodziło i potarła buzię rękawem. - A te kalosze... - zaczęła szybko - to trzeba zrobić w nich dziury. Z boku, obok podeszwy. Wtedy woda, która wpadnie od góry się nimi wyleje, a dzięki cyrkulacji powietrza będzie można je nosić nawet wtedy jak będzie ciepło. - Podniosła palec i zaczęła nim kręcić w powietrzu.

_________________

CLOTILDE COLETTI
What a beautiful mistake...

Clotilde Coletti

avatar

avatar
Cytat : Z tego nic nie będzie choć powstanie~

Gif :

Ranga : Malkavian ❤

Punkty doświadczenia : 57

Punkty Życia : 100

Wiek : 19 lat

Krew : Półkrwi

Narodowość : Włoszka

Pieniądze : 44G 10S 18K

Wydział Magii Eksperymentalnej i Katedra Magicznego Sportu

Powrót do góry Go down

Re: Pomost przy jeziorze

Pisanie by James La'Vaqlorie on Sro Maj 10, 2017 9:17 pm

Nie było co winić Clotilde, za to, że czasami nie rozumiała Jamesa. Jego ciężko było zrozumieć, być może dlatego, że każda jedna zasada miała według swoje odstępstwa, a te odstępstwa również miały odstępstwa, on jeden zaś rządził się już całkowicie innymi prawami. Tak więc mimo, że potrafił wytknąć Klocie brak rozsądku i lekkomyślność, sam ani przez chwilę nie przejąłby się swoją karierą akademicką gdyby ktokolwiek przyłapał go stojącego nago przed studentką. Nie miał wyczucia sytuacji kiedy robi coś źle i nie miał poszanowania dla zasad, których powinien przestrzegać. W skrócie - był ignorantem jakich mało i przy tym strasznym hipokrytą, bo w jego mniemaniu tylko on sam mógł mieć takie podejście. 
Wykazując się niespotykaną wyrozumiałością, postanowił nie wchodzić w dyskusję o to, co było gorsze, koń z zębami czy wilkołak. Przemilczał też kwestię owijania jelit wokół szyi, dochodząc do wniosku, że mimo iż brzmi to irracjonalnie żeby koń zrobił coś takiego, wierzył, że Klota wymyśliłaby odpowiedni scenariusz z takim właśnie zakończeniem. Pozostało mu pokręcić głową ze zrezygnowaniem. Udał też, że nie zrobiło na nim wrażenia sugestywne spojrzenie dziewczyny. Wolał poddać się własnej złości na nią, niż jej urokowi, żałując przy tym, że sadza pokrywająca ładną buzię nie zakrywała tego uroku nieco bardziej. Byłoby łatwiej zignorować tę parę dużych, niewinnych oczu.
- Jak tam sobie wolisz - mruknął, niczym obrażony chłopiec, chociaż warkliwy głos gryzł się z tym obrazkiem. Ewidentnie był typem człowieka, który nie lubił strzępić języka. Przy Clotilde i tak dużo mówił, zważając na to jak bardzo oszczędny w słowach i gestach był na co dzień, no chyba, że się na nią obrażał, tak jak teraz. 
Oczywiście złość musiała minąć. Nie umiał inaczej, jak jej wybaczyć wszelkich wybryków. Powiedział swoje, wkurwił się, zapalił papierosa. Potem było już lepiej. 
Kiedy Clotilde podsunęła się do niego i położyła głowę na jego nogach, kącik ust mu lekko drgnął.
- Zaleje śledzionę? - spytał unosząc brwi ku górze, jakby chciał się upewnić czy dobrze zrozumiał. W następnym momencie zaciągnął się papierosem, a na jego ustach pojawił się chytry uśmiech, który miał zobrazować jaką przyjemność sprawia mu ta niezdrowa czynność. Wypuścił dym na bok, tak żeby nie smrodzić Clotilde przed nosem. 
Co za dżentelmen.
Spojrzał na nią z ukosa, a w jego oczach widać było, poza iskrą nieskrywanej sympatii, również pewien cień.
- Jeszcze pomyślę, że się o mnie martwisz, Klota. Przecież wiesz, że nie możesz tego robić, ze mnie już i tak nic nie będzie. - Podrapał się po udzie, na którym widniał tatuaż w postaci paska przebiegającego w poprzek, nad nim natomiast wciąż obwiązany był rzemyk z różdżką. W swoich krótkich spodenkach i z nagim torsem wciąż wyglądał wyjątkowo osobniczo. 
- Mogłabyś w połowie chociaż tak jak o moje płuca, martwić się o siebie. - Odgarnął jej włosy z czoła. Jego wargi wygięły się w uśmiechu odsłaniającym nieco białe zęby. - Szkoda, że dopiero w akademiku. Jak będę miał dość widoku goblina na swoich kolanach, to najwyżej wrzucę cię do jeziora, dopalę papierosa i wyłowię zanim zły, pływający koń owinie ci jelita wokół szyi. 
Jego uśmiech był równie złośliwy co uroczy i niewinny. Na wieść o kaloszach parsknął. 
- Jesteś geniuszem, Clotilde - uznał, a jego słowa brzmiały całkowicie szczerze. Westchnął i odchylił się do tyłu, znowu zaciągając się papierosem, a uśmiech nie schodził mu z ust. 
- Uwielbiam cię. - Rozbawienie, które miał w głosie, dotyczyło raczej jego samego, aniżeli tego co powiedział.

James La'Vaqlorie

avatar

avatar
Cytat : Desire, I'm hungry

Gif : Big Bad Wolf

Ranga : Big Bad Wolf

Punkty doświadczenia : 75

Punkty Życia : 100

Wiek : 30

Krew : Czysta

Narodowość : Anglik

Pieniądze : 150G

Pracownicy Uniwersytetu

Powrót do góry Go down

Re: Pomost przy jeziorze

Pisanie by Clotilde Coletti on Czw Maj 11, 2017 2:49 am

To się dobrali... Clotilde, dla zrozumienia której trzeba było czasem zapomnieć o rozumie i James, co to wzbraniał się przed powtórzeniem dwa razy nie tyle już błędu, co samego czynu. A jednak nadal to wszystko gdzieś się łączyło... A może właśnie dlatego? W końcu jeśli z góry trzeba było założyć, że nie ma czego zakładać, bo działania tej drugiej strony i tak nie da się przewidzieć, to o wiele trudniej było się rozczarować. Co nie znaczyło jeszcze, że nie można się było wkurwić. Oj, można było, a ta dwójka tutaj wyćwiczyła to do perfekcji. La'Vaqlorie wkurwiał się na nią niemal bez przerwy, za to co zrobiła czy czego nie zrobiła, a ona - przynajmniej raz na jakiś czas - wkurwiała się na niego za tego wkurwa. I pal licho, że to wszystko było z troski - kołtun z wytrzeszczem nie rozumował w takich kategoriach. James miał więc o wiele bardziej przerypane, ale przecież mimo tego, że Włoszka nie potrafiła wprost docenić tego ile dla niej znaczył, to gdyby przyszło co do czego, stanęłaby za nim murem. Ba, stanęłaby nawet przed kelpie, choć na staniu by się niestety najpewniej skończyło... Pływające kurwie serio wyciągały z ludzi flaki, a jej koleżanka z pokoju miała na brzuchu pamiątkę po spotkaniu z jednym takim kucysiem. Autentyczne, potwierdzone info.
Chwilowo jednak wszystkie potwory, wodne demony i inne, ogólnie pojęte stwory postanowiły najwyraźniej wziąć sobie wolne i nie zakłócać spokoju siedzącej na pomoście parki, skoro ich własna kłótnia dobiegła kresu. Huh, wyglądali nawet całkiem romantycznie - na tyle, na ile romantycznie może wyglądać wydziarany, zniszczony życiem facet i wysmarowana węglem dziewoja w dresie - a że podejmowanych przez nich tematów próżno było szukać nawet w tych droższych poradnikach randkowania... Cóż, Clotilde nie wiedziała nawet, że ciągle potrafi go rozbroić tymi patrzałkami.
- No a co tam rośnie? - spytała, kładąc sobie rękę na brzuchu i zerknęła na niego, akurat gdy zadowolony z siebie wydmuchiwał dym gdzieś na bok. Uśmiechnęła się i pokręciła głową. 
- Jeszcze nie jesteś taki stary. Może, gdybyś się ogolił, to coś by tam jeszcze z ciebie wyszło... - zażartowała, odwracając jednak wzrok w kierunku nieba. Intuicyjnie wyczuwała w słowach Jamesa coś, czego nie potrafiła nazwać, a już z pewnością nie wiedziała jak to dźwignąć. Uniosła rękę i niewinnym ruchem poklepała go po kolanie, wracając do niego spojrzeniem, kiedy zaczął odgarniać jej włosy.  - Ja tam sobie świetnie radzę! - Stwierdziła, a przez głowę przetoczyły jej się wspomnienia: puste lądowisko, Lucy całująca Fintę na ognisku, widmo przesłuchania, Coro Purdy... 
Bleh...
- Vai a quel paese... - parsknęła, przeciągając wyrazy. - Nie będę się myła bez kaczki. I nie moja wina, że dom mi wywiało, to ten piorunak z nogami. A te nogi to wcale nie ja mu urosłam! Dowodów nie mają, wstawać rano muszę...
Powierciła się chwilę, wygodniej układając głowę na jego nogach i dając przykład geniuszu najwyższej próby. No bo przecież projekt, nawet jeśli nie był doskonały, to miał potencjał, nie? No i normalnie aż jej się od tych pochwał włosy napuszyły, a kiedy La'Vaqlorie dodał jeszcze, że ją uwielbia, to i pewnie wzrostu jej przybyło. Znów spojrzała mu w oczy, wyginając jednocześnie usta w zawadiackim uśmiechu.
- No i co mi po tym, jak ty mnie transmutacji uczysz - parsknęła, nie mogąc sobie darować. - Jak mnie w tym roku Gray z obrony nie uwali, to ten Purdy to zrobi, dziwny jest jakiś. I będę sadzić z rodzicami skaczącą rzepę czy inne śpiewające stokrotki. Byłam u nich w wakacje, wiesz? - znów spojrzała w niebo. - Są teraz w Brazylii, w takiej małej wiosce. Mieli mieć trzy tygodnie wolnego, ale jak przyjechałam to dostali wiadomość o jakiejś konferencji o patykach. Papà obiecał, że wrócą zanim wyjadę i polatamy samolotem. Takim prawdziwym, bez magii. To czekałam... Ale październik się zaczął i Nonna zagroziła, że jak natychmiast nie wrócę, to mnie sama na uczelnię spakuje. No to musiałam wrócić, przecież by zawału dostała gdyby mi kufer otworzyła. - Przymknęła powieki. - Trochę szkoda... - mruknęła. - Nigdy nie latałam samolotem. - Zbagatelizowała całą sprawę krótkim wzruszeniem ramion i ożywiła się nagle, wyginając się znów w jego stronę. - Ale widziałam Iguaçu i wodospady! Tyyyle wody! Nawet w tym jeziorze by się nie zmieściła! - Wyciągnęła ręce, zupełnie jakby faktycznie mogła oddać ogrom tamtego miejsca, a oczy aż jej lśniły.
- A ty? Co robiłeś w lato? Pomalowałeś się gdzieś jeszcze? - Uśmiechnęła się, przemykając wzrokiem po jego odsłoniętym torsie.

_________________

CLOTILDE COLETTI
What a beautiful mistake...

Clotilde Coletti

avatar

avatar
Cytat : Z tego nic nie będzie choć powstanie~

Gif :

Ranga : Malkavian ❤

Punkty doświadczenia : 57

Punkty Życia : 100

Wiek : 19 lat

Krew : Półkrwi

Narodowość : Włoszka

Pieniądze : 44G 10S 18K

Wydział Magii Eksperymentalnej i Katedra Magicznego Sportu

Powrót do góry Go down

Re: Pomost przy jeziorze

Pisanie by James La'Vaqlorie on Czw Maj 11, 2017 11:24 am

Być może demony faktycznie nie przejmowały się ich spotkaniem. Było w nim coś tak niezwykłego, że nawet one nie chciały przerywać tej konfrontacji osobowości. Wilk wpatrzony w kozę, kto by się spodziewał takiego obrazka? No ale bądźmy szczerzy, była to wyjątkowo urodziwa koza, wilk natomiast... cóż. Był to wyjątkowo niemądry wilk. Zaczynał powoli cieszyć się z faktu, że tej nocy przerwano mu jego rytuał samotności. Clotilde skutecznie zmywała z niego swoją osobą wszelkie troski, być może dlatego, że próbując zrozumieć jak te wielkie oczy spoglądają na otaczający nas świat, dostrzegało się prozaiczność ludzkich problemów. Była jak takie krzywe zwierciadło, w którym wszystko odbijało się na swój, całkowicie odmienny sposób. 
A co widział James, gdy spoglądał w to zwierciadło i próbował dostrzec swoje odbicie? Tego nigdy nie mógł być pewien, jednak był to zupełnie inny obraz, niż ten, który widziałoby się w zwykłym lustrze. 
Patrząc jak Clotilde kładzie rękę na brzuchu roześmiał się cicho. Zostawiając papierosa w ustach, pochylił się lekko nad dziewczyną i położył swoją dłoń na wierzchu tej, która leżała na jej brzuchu. Uścisnął ją delikatnie po czym przesunął zdecydowanie wyżej i bardziej na lewą stronę, gdzieś na wysokości żeber, kawałek pod lewą piersią.
- Śledziona, jeżeli rośnie, to właśnie tutaj. I bez niej też da się żyć - mrugnął do niej porozumiewawczo i puścił jej dłoń, pozostawiając ją na właściwym miejscu. Wyprostował się, zaciągnął papierosem i wypuścił dym, znowu zaciągając się nim po raz drugi przez nos. Niemal zakrztusił się gdy padły słowa "coś by z ciebie wyszło". Mógłby wytknąć jej co nieco w zamian, wiedział jednak że nie byłoby to wiarygodne.
- Nigdy nie widziałaś mnie bez brody - odparł, marszcząc nieco czoło, jakby próbował sobie przypomnieć taką ewentualną sytuację. - Chodziłem tak, jak jeszcze uczyłem się w Uagadou. Potem coś mnie wzięło na brodę i tak już zostało. - Wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że nie ma zamiaru zmieniać tego stanu rzeczy.
Co do Clotilde. Chciał wierzyć, że sobie radzi, że jest szczęśliwa. No ale bądźmy szczerzy, James nie należał do naiwnych ludzi. Dobrze wiedział, że szczęście do rzadki rarytas i chociaż uważał, że jej należy się go najwięcej ze wszystkich, nie miało to znaczenia. Mógłby jej oddać własne szczęście, jednak nawet gdyby takie transakcje były możliwe, on nie miałby przecież czego oddać.  
Gdy odgarniał jej włosy z twarzy, jego wytatuowana nawet na wierzchu dłoń przez chwilę została przy jej chłodnym policzku.
- Wiem, że sobie radzisz, Clotilde. - Jego mrukliwy głos zawisł gdzieś w powietrzu, jak gdyby mężczyzna chciał dokończyć myśl, której nie dokończył na głos. 
Złość panny Coletti była urocza, szczególnie gdy wyrażała ją po włosku. James nigdy nie uczył się tego języka, po samym tonie jednak często mógł stwierdzić, co dziewczyna miała na myśli. 
Miał powiedzieć, że mógłby znaleźć zamiennik dla jej kaczki do kąpieli ale ugryzł się w język. 
Czasami na siłę musiał wprowadzać chociażby odrobinę przyzwoitości do ich relacji. Nie dlatego, że chciał, ale dla dobra Clotilde. Życząc jej szczęścia, nie mógł jednocześnie przyciągać jej bliżej samego siebie. To kłóciło się z zamiarem. W bliższych stosunkach na dłuższą metę bywał bardzo destrukcyjny, czego usilnie chciał jej oszczędzić. A jednak, w jego myślenie nie rzadko wkradał się egoizm. Gdyby było inaczej, zapewne wcale nie pozwoliłby na jakąkolwiek bliższą relację niż ta, która powinna łączyć profesora i studentkę, a jak widać tego nie potrafił sobie w żaden sposób odmówić. 
Pozwolił żeby wygodniej ułożyła się na jego nogach, a gdy zaczęła mówić o wykładowcach, James zmarszczył lekko czoło. 
- Purdy? - spytał, dobrze znając to nazwisko. - Co z nim? 
Ah, czyżbyś był jak starszy brat, który wyczuł zagrożenie dla swojej siostrzyczki?
Gdy zaczęła opowiadać o wakacjach, słuchał jej w milczeniu, zajmując się dopalaniem papierosa. Jasny księżyc świecił gdzieś po ich prawej stronie, oświetlając łagodne rysy twarzy Clotilde, których nawet sadza nie była w stanie ukryć. Promienie pełni padały również na liczne tatuaże na ciele Jamesa. Zdawały się nadawać im życia, współgrając z ruszającą się skórą za każdym razem gdy napinał jakieś mięśnie. Długie ciemne linie wyglądały czasami jakby owijały się wokół jego rąk, oplatały pierś, nogi, wchodziły na szyję.
Słuchając o rodzinie Clotilde miał mieszane uczucia. Z jednej strony czuł ulgę, że dziewczyna miała kochającą, prawdziwą rodzinę. Z drugiej, sam dawno temu nauczył się, że krewni mogą równie dobrze dawać szczęście jak i je wysysać, podobnie zresztą z życiem. Wolałby żeby Clotilde nigdy nie musiała się o tym przekonać na własnej skórze. 
Uśmiechnął się gdy wspomniała o samolotach. 
- Nic specjalnego - stwierdził jedynie, bawiąc się jednym z jej loków i owijając go sobie wokół palca. -Samolot to taka trochę większa miotła. 
Za to wodospady? To już było coś. Pamiętał jak po raz pierwszy stał przed takim cudem natury i z oniemieniem patrzył na to, jak siła żywiołu przerażająco i pięknie jednocześnie, dawała popis swojej mocy. 
Mógłby słuchać jak opowiada o tym przez całą noc. 
- Wodospady są piękne - przyznał, patrząc na nią. Gdy spytała o jego wakacje mruknął pod nosem niewesoło, jednak jego usta wygięły się w lekkim uśmiechu. - Nie. Chciałem polecieć do Beninu, ale uznałem, że to nie byłby najlepszy pomysł po tak długim czasie. A w Europie nie ma tatuażysty, który pomalowałby mnie tak, jak tam malują. 
Zrobił krótką pauzę, jakby przez chwilę bardziej skupiał się na jej niesfornym loczku owiniętym na swoim palcu, niż na samym pytaniu. Westchnął spoglądając w jej duże oczy.
- Chciałem zobaczyć Afrykę jeszcze raz. Przypomnieć sobie palące w plecy słońce i dzikość natury, która jest równie piękna co niebezpieczna. - Jego mrukliwy głos był lekko zabarwiony goryczą i chociaż można by pomyśleć, że mówi ze smutkiem, nie byłoby to zgodne z prawdą. Emocji, słyszalnej w tym groźnym wilczym pomruku nie dało się bliżej określić. Przywodziła na myśl tęsknotę za domem, bądź jakąś z dawna zapomnianą groźbę, która mimo że wywoływała dreszcze na plecach, budziła również swego rodzaju podniecenie. - Tutaj nic nie wygląda, nie pachnie i nie smakuje tak samo jak tam. 
Ułożył jej loczek tak, żeby komponował się z całą resztą i spojrzał na księżyc w pełni. Nawet on zdawał się być nieco mniejszy. 
- Mogłem tam wrócić - westchnął spoglądając z powrotem na nią. - Znasz to uczucie? Gdy bardzo czegoś pragniesz i nawet jesteś w stanie po to sięgnąć, ale wiesz, że nie powinnaś? Gdy całe twoje ciało i umysł zdaje się potrzebować tej jednej rzeczy, która jest jak zakazany owoc? W te wakacje byłem jak alkoholik siedzący przed butelką wódki. Każda komórka mojego ciała chciała żebym po nią sięgnął, ale tego nie zrobiłem. Tłumaczyłem się przed samym sobą, że to dla dobra innych, jednak im dłużej się nad tym zastanawiam, dociera do mnie, że po części nie miałem odwagi. 
Przyglądał się jej oczom przez chwilę po czym odwrócił wzrok w stronę gładkiej tafli jeziora. 
- Nie miałem odwagi by na znowu stać się tym, kim byłem kiedyś. 
A może po prostu zbyt dużo osób by na tym ucierpiało? 
Tego nie powiedział na głos. Nie chciał się przyznawać do tego, że rozważał powrót do Afryki, chociażby na miesiąc czy dwa, wiedząc, że wiązałoby się to z koniecznością popełnienia czynu, który w miejscu, w którym znajdowali się teraz, uchodziłby za przestępstwo najwyższej wagi. Nie chciał się przyznawać do tego, że zrobiłby to z zimną krwią, tylko po to żeby móc wrócić do domu.

James La'Vaqlorie

avatar

avatar
Cytat : Desire, I'm hungry

Gif : Big Bad Wolf

Ranga : Big Bad Wolf

Punkty doświadczenia : 75

Punkty Życia : 100

Wiek : 30

Krew : Czysta

Narodowość : Anglik

Pieniądze : 150G

Pracownicy Uniwersytetu

Powrót do góry Go down

Re: Pomost przy jeziorze

Pisanie by Clotilde Coletti on Czw Maj 11, 2017 9:55 pm

Faktycznie, było to dość niezwykłe... No bo proszę Was, tak na logikę - kto przy zdrowych zmysłach (a przyjmijmy wersję optymistyczną, że na uczelni wciąż były takie osoby) powiązałby postać groźnego profesora, który nie dość, że czasem odstraszał samym wyglądem to jeszcze nie przebierał w słowach, z takim kolorowym oszołomem jak Clotilde? A jednak! I mało tego - miało to sens. Dobrze było wiedzieć, że w tej popapranej relacji ona również potrafiła dać coś od siebie, nawet specjalnie się o to nie starając, będąc po prostu sobą i od czasu do czasu krzyżując wyłupiaste oczyska z twardym spojrzeniem.
Spojrzeniem, które czasami zyskiwało na lekkości, zupełnie jak w tej chwili. Kącik ust Włoszki uniósł się do góry sam z siebie, kiedy James przejechał jej bo brzuchu jej własną ręką i zatrzymał się tuż pod piersią. I już miała coś powiedzieć, że bez nosa też da się żyć, a nawet był taki jeden i summa summarum kiepsko na tym wyszedł, ale słowa jakoś uwięzły jej w gardle.
No bo przecież pamiętała...
Nawet, jeśli jej serduszko od dłuższego czasu biło mocniej na widok kogoś innego (od teraz pewnie będzie zwalać to na atak śledziony, w końcu ta rosła całkiem blisko, jak się okazało), a La'Vaqlorie potrafił być niezmiernie irytujący, to nie mogła pozostać zupełnie obojętna na ten dotyk. Nie śliniła się może i nie roztapiała pod jego dłońmi, ale z każdym głaśnięciem zdawała się być coraz cieplejsza. A przecież, mimo dwuznacznych czasem tekstów, z których jedynie połowa wychodziła z jej ust niechcący, nie miała zamiaru powtarzać wydarzeń z tamtej nocy. Och, i nie chodziło tu o Mészárosa, ani nawet o to, że James okazał się być profesorem - fakt ten w żaden sposób nie zachwiał jej poczuciem moralności. Cały szkopuł polegał na tym, że juz go poznała. A seks z kimś, kogo się już znało, to była zupełnie inna bajka... Taka, do której niekoniecznie czuła się przygotowna. I chwała w tym miejscu Merlinowi, że nigdy nie zdradziła swojego podejścia Nonnie.
- Nie dziwię się, tam musi być strasznie gorąco jak ktoś nosi brodę. - Wysiliła się w końcu na kolejne genialne stwierdzenie, a przed oczami pojawił jej się obraz eskimosa. Eskimosi też nie nosili brody, a przecież u nich było zimno. Z drugiej strony nigdy nie widziała prawdziwego eskimosa, a ci na obrazkach wyglądali po prostu jak chińczycy w kożuchach, to kto ich tam wie?
Odpłynęła na chwilę, nie zdając sobie sprawy co takiego działo się w głowie profesora. Bo przecież mimo tego, że nie wszystko układało się tak jakby tego chciała, to była szczęśliwa. W najprostszy z możliwych sposobów tak zwyczajnie, z przeświadczeniem naiwnego dziecka, że co ma być to będzie, a jak już będzie to jakoś da sobie z tym radę... Albo dopiero wtedy zacznie się tym martwić. W końcu nie dopuszczała do siebie większości rzeczy i obecnie największym jej zmartwieniem były codzienne wędrówki z wywianego akademika na zajęcia i spowrotem, a reszta... Reszta dawała się jakoś znieść.
- No mówiłam, że dziwny jest jakiś. Molto dziwny, i mi nie chodzi tu o to, że sie wymalował cały. Ty też się pomalowałeś i co. A on... Cazzo, on na klubie pojedynków pojedynkować się ludziom nie dał. A więcej gadał niż Baldwin jak mu ciastka przyniesiesz. I zrobił zajęcia w obiad! Hai capito? W ooobiaaad... - Pokręciła głową, nie mogąc najwyraźniej zrozumieć jak tak można i aż się złapała za uszy. - Gray to przynajmniej jeszcze eliksiry prowadzi, to może mnie w tym roku nie zabije, ale Purdy? Ja widziałam plan zajęć, on niebezpieczne stworzenia jeszcze zgarnął, a ja się zapisałam, głupia, a przecież tego zmieszanego w Dzikiej Menażerii nie można zabijać... Molto stupido, molto stupido... Przecież jak coś mnie będzie chciało zeżreć to nie spytam go najpierw czy jest przydatne! A takie jelita to i po śmierci się nadają... - no aż się zapowietrzyła. Potrzebowala dobrych kilkunastu sekund żeby dojść jakoś do siebie, a nawet wtedy oczy miała jeszcze mocniej otwarte niż dotychczas. Miało to też swoje plusy - mimo krwiożerczego konia gdzieś niedaleko i wilczego berka w labiryncie, trwająca noc należała do gatunku tych bardziej urokliwych, kiedy chwile ciszy nie były w żaden sposób deprymujące, a słowa łagodnie spływały z ust nawet wtedy, kiedy wydawało się, że nigdy się z nich nie wydostaną.
Clotilde faktycznie miała sporo szczęścia, kiedy chodziło o rodzinę, nawet jeśli z jej drzewa genealogicznego uśmiechały się gobliny czy inne ghule. Przynajmniej nikt nie próbował jej zadusić, byleby nigdzie sobie nie poszła... W sumie było zupełnie odwrotnie, i gdy tylko okazało się, że jej dziecięcy żołądek bez problemu radzi sobie z mlekiem w proszku, państwo Coletti skorzystali z okazji i odstąpili noworodka dziadkom, czmychając na konferencję o korzeniach czy innych magicznych muchomorach. I tak konferencja zamieniła się w warsztaty, warsztaty w  zorganizowane akcje, a weekend przeciągnął się o kilka lat... Clotilde byłaby pewnie w stanie policzyć wszystkie ich spotkania na palcach, ale nie miała o to pretensji. Przepadała za siadaniem obok fotela Nonno i słuchaniem jego historii, a Nonna, nawet będąc bardziej upierdliwą osobą od Jamesa, potrafiła być całkiem zabawna, kiedy usiłowała ją nauczyć jak zostać gospodynią idealną i w co należy się ubrać, żeby przyciągnąć odpowiedniego kawalera. Tak jednak jak rzadko wspominała o rodzicach, i większość ludzi była zazwyczaj zdziwiona, że takowi w ogóle istnieją, tak lotu samolotem odżałować nie mogła. A przynajmniej wmawiała sobie, że to o to chodzi...
- Większa miotła, a weź ty idź ty, jak coś palniesz... - parsknęła. - Miotla to się wbija w kuper. I dachu nie ma. - Pokręciła głową, wyraźnie rozbawiona i zaczęła zezować na pasemko, które La'Vaqlorie owijał sobie na palcu.
Słysząc w jego głosie tak wielką nostalgię, powstrzymała się przed palnięciem, że w pokoju ma kilka bananów. Chociaż rzadko zmuszali się do głębszych rozmów to wiedziała, że za tymi ciemnymi oczami nie wszystko jest takie jak być powinno... A przynajmniej nie takie, jak mu tego szczerze życzyła. Skorzystała z tego, że mężczyzna odwrócił wzrok i zerknęła na jego szyję, choć nawet w świetle księżyca w pełni nie była w stanie dojrzeć istniejących tam śladów, o których wiedziała tylko tyle, że zostawił je ktoś, kto miał być mu bliski. Uciekła wzrokiem, kiedy tylko opuścił głowę.
Natychmiast pomyślała o Fincie, a coś w środku (śledziona pewnie) boleśnie jej się ścisnęło. Nigdy jednak nie mówiła mu o Fincie, tak jak nigdy nie mówiła nikomu innemu o Fincie i wiedziała, że Fincie o Fincie też nigdy nie powie.
- Mam tak zawsze na stołówce, jak jest galaretka z brukselki. - Mruknęła w końcu, nim dotarło do niej, że nie jest to zbyt dobra odpowiedź. Westchnęła cicho.
- Jak byłam mała i bałam się potwora spod łóżka, to Nonno powiedział mi, że muszę go oswoić. To nazwałam go Fred, a Nonno przez trzy tygodnie zakradał się w nocy do mojego pokoju i zjadał ciastka, które zostawiałam na ziemi. Wtedy tego nie wiedziałam... - uśmiechnęła się. - Po trzech tygodniach już się nie bałam, a Nonno mi wyjaśnił, że tylko wymyśliłam sobie ten strach. Strach, rozumiesz? Nie potwora. - Przechyliła głowę, i spojrzała mu w oczy z o wiele poważniejszą miną. - Potem trochę tego żałował, bo zaczęłam sobie wmawiać, że inne straszne rzeczy tak naprawdę wcale nie są straszne i czasem bolało... Ale lekcja była dobra, a sposób też jest całkiem niezły. - Wyciągnęła do góry rękę i oparła ją na jego policzku, chcąc skłonić go do tego, by na nią spojrzał.
- I hej, taki jak teraz też nie jesteś zły. Nawet z brodą. - Uśmiechnęła się łagodnie. Nie miała w końcu pojęcia o co chodziło, ale w tym "krzywym zwierciadle", w którym James szukał czasem swojego odbicia, odbicie to malowało się teraz w wyjątkowo ciepłych barwach.

_________________

CLOTILDE COLETTI
What a beautiful mistake...

Clotilde Coletti

avatar

avatar
Cytat : Z tego nic nie będzie choć powstanie~

Gif :

Ranga : Malkavian ❤

Punkty doświadczenia : 57

Punkty Życia : 100

Wiek : 19 lat

Krew : Półkrwi

Narodowość : Włoszka

Pieniądze : 44G 10S 18K

Wydział Magii Eksperymentalnej i Katedra Magicznego Sportu

Powrót do góry Go down

Re: Pomost przy jeziorze

Pisanie by James La'Vaqlorie on Sob Maj 13, 2017 10:22 pm

Czy był groźnym profesorem? Cóż, na pewno groźniejszym niż się wydawało studentom i nie w ten sposób, w który im się wydawało. Bo niestety, Troll z egzaminu to nie najgorsze co potrafiłby zrobić, podobnie jak transmutowanie ludzi w brzydkie stworzenia również nie stało na czele listy. Oczywiście pannie Coletti nigdy nie groziło nic złego ze strony tego brzydkiego brodatego wilka, no chyba, że kiedyś się on tak mocno zdenerwuje, że transmutuje ją w żabę albo coś innego, równie mniej urodziwego niż jej naturalna postać. Może wtedy jego złość byłaby dłuższa i bardziej wiarygodna? Raczej wątpliwe. 
Sęk w tym, że cała ta jego otoczka, sprawiająca wrażenie, że miało się do czynienia z kimś niebezpiecznym, była napędzana głównie przez niego samego i to nie celowo, a podświadomie. Prawdopodobnie tylko on jeden na całym kontynencie wiedział, czego tak naprawdę dopuściły się jego osobiste ręce. To nie było coś wynaturzonego, ani nieludzko okrutnego. Ale nie było to też nic do końca dobrego. I może to ta jego świadomość i.. wyrzuty sumienia, sprawiły że patrzy na siebie jak na jakiegoś małego potworka. Nie strasznego zwyrola, bez przesady, ale właśnie jak na takiego brodatego złoczyńce o ciemnych oczach. A jego podejście do samego siebie, przekładało się na to jak zachowywał się względem innych. U niego niechęć do samego siebie, przerodziła się w jakieś dziwne zaakceptowanie takiego stanu rzeczy. Uznał, że musi stawić czoło temu, co zrobił, wziąć odpowiedzialność za swoje czyny i pogodzić się, że był tym, w kogo się zamienił. Tym w kogo zamieniło go niełatwe życie. Nie ukrywał tego, za jaką osobę się uważał. Czy to jednak znaczyło, że faktycznie, obiektywnie patrząc, stał się tym kimś, kogo widziały jego oczy w lustrze nad umywalką? Hm...
Nawet takiego ponuraka jak on, Clotilde była w stanie rozbawić, co było widać gdy wspomniała o tym, że za młodu w brodzie byłoby mu gorąco. Roześmiał się wtedy chrapliwie. 
Słuchał jak żaliła się na temat swojego wykładowcy. Słyszał już wcześniej, że osoby z klubu pojedynków skarżą się na Coro, ale szczerze za bardzo go to wtedy nie przejęło. 
- Rozumiem, że za mało siniaków miałaś po ostatnim spotkaniu klubu? - spytał z rozbawieniem, mogąc sobie doskonale wyobrazić złość Kloty, gdy ktoś zabraniał jej robienia czegoś, co wiązało się chociaż z odrobiną ryzyka. Dobrze wiedział jak wyglądały te bojowe iskierki, które czasami paliły się w jej dużych oczach. Wzruszył ramionami. - To miejcie go w dupie i spotykajcie się bez niego. 
No pięknie. Wzór profesora. Spojrzał na nią z góry, w końcu leżała na jego kolanach.
- Ja, gdybym wciąż był studentem i ktoś nie pozwoliłby mi robić tego co chcę, a wręcz tego co mi się należy, w końcu jesteście w klubie pojedynków do cholery, zrobiłbym to wtedy, kiedy ten ktoś nie patrzy. - Zmarszczył na chwilę czoło, zastanawiając się nad tym co powiedział. - Z drugiej strony, gdyby teraz ktoś mi powiedział, że nie mogę zrobić czegoś, na co mam dużą ochotę, zrobiłbym to perfidnie na jego oczach. Wam jednak polecałbym ten pierwszy sposób.
Zaciągnął się papierosem. Czy to hipokryzja, że najpierw opieprza Klotę za bezmyślność, a potem namawia ją do łamania przepisów? A skądże. 
Co do zajęć z niebezpiecznych stworzeń, James jedynie roześmiał się lekko i pogłaskał ją po policzku wytatuowaną ręką. 
- Nie możesz rzucić na niego włoskiej klątwy? Na pewno są jakieś włoskie klątwy. 
Czy miał na myśli Purdego czy magiczne stworzenie z Dzikiej Menażerii? Nie miało to znaczenia.
Gdy dostał ochrzan za nietrafne porównanie przewrócił oczami. 
- Jedno i drugie lata - odparł jakby ta oczywistość wystarczyła na potwierdzenie jego wcześniejszych słów. Jego uśmiech był urokliwie przekonujący. 
Fakt, chwilę później pozwolił sobie na moment nostalgii. Było mu łatwo otworzyć się przed Clotilde, i ona mogła winić za to tylko i wyłącznie siebie i swoją bezpośredniość, oraz pełną uroku manierę, bo to właśnie one uwiodły Jamesa. Był nią zauroczony od samego początku jak się tylko zaczęli się poznawać. Ta jedna pierwsza noc? Wtedy było za dużo alkoholu i szaleństwa żeby był w stanie stwierdzić co czuł. Pewnie nic poza przyjemnością, bo zazwyczaj w takich sytuacjach wyłączał tę część mózgu, która była odpowiedzialna za emocje. Ale Clotilde i tak włączała ją później przy każdym ich następnym spotkaniu, łącznie z dzisiejszym, co było widać właśnie teraz. 
Jeżeli odpowiedź dziewczyny z galaretką z brukselki była nieodpowiednia, James tego nie zauważył. Mimowolnie parsknął krótko śmiechem. Słuchając opowieści o potworze spod łóżka jednak spoważniał. Jego dłoń błądziła gdzieś przy uchu dziewczyny, a w miarę rozwoju opowieści zeszła na lewą stronę gładkiej szyi. Kciuk bezmyślnie wpasował się w zagłębienie pod żuchwą, zupełnie jakby ten dotyk był mężczyźnie w jakiś sposób potrzebny. 
Egoistyczne pragnienie bliskości. O tym mówiłem. 
Westchnął. 
- W takim razie mi nigdy nie udało się wyciągnąć z tej lekcji odpowiednich wniosków. - Uśmiechnął się niewesoło. - Zamiast oswoić strach, oswoiłem swoją bestię. I tak z nią żyję do dzisiaj. 
A strach pozostał. Wspomnienia zimnych rąk na szyi i chrapliwego oddechu. Zapach znajomych perfum pomieszanych z zapachem własnego strachu. Uczucie niemożności wydania z siebie dźwięku, rosnący ucisk w klatce piersiowej, w końcu drętwiejące dłonie i zatapiający się w ciemnościach obraz. I te oczy. Ogarnięte nienawiścią i szaleństwem oczy, tak bardzo podobne do tych, które widział na co dzień w lustrze...
Pokręcił głową. 
- Ah nie słuchaj mnie. - Uśmiechnął się, i mimo że włożył w to nieco wysiłku, nie wyszło mu zbyt przekonująco. Nie było jednak sensu się z nim kłócić. Na kolejne słowa dziewczyny uśmiech stał się o wiele bardziej naturalny. Pochylił się nad nią i pocałował ją w czoło. Nie musiał nic mówić. Musiała sama zrozumieć jak bardzo był jej wdzięczny za to, że go od siebie nie odpychała. Potrzebował jej. Była jak jasna iskierka, jedna z niewielu radosnych na tej ponurej dla niego uczelni.

James La'Vaqlorie

avatar

avatar
Cytat : Desire, I'm hungry

Gif : Big Bad Wolf

Ranga : Big Bad Wolf

Punkty doświadczenia : 75

Punkty Życia : 100

Wiek : 30

Krew : Czysta

Narodowość : Anglik

Pieniądze : 150G

Pracownicy Uniwersytetu

Powrót do góry Go down

Re: Pomost przy jeziorze

Pisanie by Clotilde Coletti on Nie Maj 14, 2017 2:15 pm

Pheh, nie pozostaje mi nic ponad to, by życzyć powodzenia. Ponad wszelką wątpliwość pewne bowiem było, że nawet gdyby Włoszka przeistoczyła się nagle w płaza, to - choć faktycznie ograbiona z nieuświadomionego uroku, co tak kusił biednego profesora na pokuszenie - wciąż potrafiłaby wyprowadzić go z równowagi, a gdyby tylko te (również wtedy!) wytrzeszczone oczyska zorientowały się w końcu co się stało, nie wzbraniała by się przed niczym. Nawet, jeśli asortyment broni byłby mocno ograniczony, jak nic Jamesowi nie udałoby się uniknąć rechoczących koncertów przez całą dobę czy ropuszego jęzora w oku. Mężczyzna musiałby postarać się o wiele bardziej i są spore szanse, że bez wyrządzenia Clotilde trwałej krzywdy, nie udałoby mu się doprowadzić do sytuacji, w której to szajbnięte dziewczę nie znalazłoby sposobu na to, żeby jakoś mu się odwdzięczyć
Brzydki brodaty wilk nie stanowił więc w tej bajce zagrożenia, a Kapturek - różowy - traktował go jak domowego psiaka, nie mając świadomości, że ma on na sumieniu dużo większe przewinienia niż kilka odartych mebli czy wystraszony listonosz.
A gdyby wiedziała..?
Ciężko przewidzieć. Świadomość ciążącego na nim grzechu z całą pewnością wstrząsnęłaby światem ufnej i naiwnej studentki, ale przecież nie sposób wyobrazić sobie scenariusz, w którym na wieść o tym, że te ciepłe dłonie, które z taką wprawą tańczyły teraz po jej twarzy, mają na sobie krew, miałaby je odrzucić... Nie bez wyjaśnień. Bolesnego i pełnego żałości drążenia, które w końcu zaowocowałoby prawdą, a po niej... Cóż, po niej zostałaby jej tylko akceptacja. W swoim osobistym wyczuciu moralności bez oporów uznałaby, że mniej w nim winy niż w studencie ściągającym na egzaminie, a tego przecież sama próbowała kilka razy.
Może James o tym wiedział? Heh, nie o ściąganiu oczywiście (przynajmniej miejmy nadzieję), ale może podświadomie wyczuwał, że to "krzywe zwierciadło" pokazuje mu obraz o wiele prawdziwszy niż ten, do którego oglądania zmuszał się co rano? To by w sumie tłumaczyło, czemu tak łaknął jej obecności i dlaczego o wiele łatwiej było mu się przy niej uśmiechać.
Pokazała mu język.
- Miałam ze sobą kask. - Stuknęła się pięścią w głowę. - Nonno mi dał, jak mu powiedziałam, że sobie wrotki kupię, to założyłam. Ładny jest. Jak dynia.
Szare oczyska zrobiły się jeszcze większe, a iskierka, która się w nich rozpaliła nie miała nic wspólnego z bojowością.
- Czyli jak dziekan Peeman mnie dorwie za sabotaż to nie będziesz się darł? - Wyszczerzyła się. No bo przecież było oczywiste, że będzie się darł. I na nic tłumaczenia, że sam jej to doradzał...
Na wzmiankę o włoskiej klątwie rozmarzyła się na chwilę i nie trudno było zgadnąć, że myśli o wykładowcy.
- Moja Nonna ma taką grubą książkę w czarnej okładce i tam są zapisane. Dostała ją Nonny Nonny, a ona od Nonny Nonny Nonny, a wcześniej miały ją wszyyyystkie inne Nonny - rozłożyła ręce, żeby pokazać jak było ich dużo. - Jak byłam mała, to powiedziała mi, że dostanę ją jak będę duża. A jak już jestem duża, to mówi, że po jej trupie... I chyba nie chodzi jej o spadek - zmarszczyła się.
Faktycznie, seniorka rodu Coletti nie miała na myśli spadku i prędzej zjadłaby stanowiące dziedzictwo wszystkich pokoleń tomiszcze, niż pozwoliła swojej wnuczce na zapoznanie się z jego treścią.
Co jeszcze nie znaczyło, że ta wnuczka miała odpuścić.
I było coś niezwykle zabawnego w tym, że ktokolwiek potrzebował Clotilde do zachowania równowagi psychicznej i nie robił tego na zasadzie kontrastu. Włoszka nie zdawała sobie sprawy z tego jak mocno oddziaływała na Jamesa. W równie poskręcanym jak te czarne kłaki umyśle, cała sprawa malowała się w całkiem prosty sposób, wliczając w to słodką ironię losu, który postanowił skrzyżować ich drogi po raz kolejny po pamiętnej nocy, zupełnie jakby stwierdził, że nie ma takiego poznawania się od (wybaczcie!) dupy strony. Nie próbowała go uwodzić ani zauroczyć, nie dążyła do tego, żeby się przed nią otwierał... I tylko te wspomnienia, kiedy sunął dłonią od jej ucha do szyi sprawiały, że coraz trudniej było jej zachować trzeźwość myślenia. Odchylała głowę, przyjmując słodką pieszczotę, a ukryte pod sadzą policzki zaczerwieniły się z gorąca.
- Oswojone potwory przecież nie gryzą..? - zaczęła polemizować, bez większego przekonania i westchnęła głośno, czując na czole miękki pocałunek.
- Lubię cię słuchać. Czasami. - Przemknęła zamglonym wzrokiem po jego twarzy i przesunęła dłoń wzdłuż męskiej szczęki, zatrzymując palce w okolicach dolnej wargi. Docisnęła je lekko i przeciągnęła, ścierając resztki czarnego osadu.
Error, za dużo, stanowczo za dużo!
Usiadła gwałtownie, czując, że zaczyna brakować jej powietrza.
- Nie powinieneś mnie tak dotykać. Robi mi się za ciepło. - Mruknęła i w całkowitej sprzeczności z własnymi słowami, przysunęła się do niego jeszcze bliżej, opierając plecy na jego nagiej piersi i składając dłonie na odsłoniętych kolanach. Ale teraz przynajmniej umknęła przed tymi ciemnymi oczami. Przez chwilę wpatrywała się w lśniące jezioro.
- A może ty lubisz jak cię ten potwór gryzie... Może ci się wydaje, że gdyby przestał, to nie wiedziałbyś co masz robić... - palnęła, zastanawiając się na głos. Bo przecież nawet jeśli była przyzwyczajona do tego, że czegoś nie rozumie, to lubiła rozumieć.

_________________

CLOTILDE COLETTI
What a beautiful mistake...

Clotilde Coletti

avatar

avatar
Cytat : Z tego nic nie będzie choć powstanie~

Gif :

Ranga : Malkavian ❤

Punkty doświadczenia : 57

Punkty Życia : 100

Wiek : 19 lat

Krew : Półkrwi

Narodowość : Włoszka

Pieniądze : 44G 10S 18K

Wydział Magii Eksperymentalnej i Katedra Magicznego Sportu

Powrót do góry Go down

Re: Pomost przy jeziorze

Pisanie by James La'Vaqlorie on Pon Maj 15, 2017 2:59 pm

Gdzieś tam w środku, James zdawał sobie sprawę z tego, że obraz jego osoby w oczach Coletti był lepszy, ładniejszy, mniej zniszczony. Czy jednak uważał przez to, że prawdziwszy? Oj nie, zdecydowanie nie. I mimo tego, że mógł odmienić spojrzenie studentki jeżeli by tylko chciał, wyznać jej wszystko co było w nim najgorsze, nie potrafił tego zrobić. Bał się, że mogłaby tego nie zaakceptować, a na to nie był gotowy. 
- Oby ta dynia chociaż głowę ci ochroniła - mruknął z rozbawieniem. - Mądry człowiek z tego twojego Nonno.
Na następne słowa dziewczyny pokręcił głową lekko, a jego usta wygiął cwany uśmiech. 
- Oczywiście, że się będę darł. Dlatego, Mała, masz nie dać się złapać. - Rozczochrał jej włosy ręką, jakby faktycznie miał do czynienia z młodszą siostrą. - Wiem, że im bliżej niebezpieczeństwa, tym ciekawiej, ale może nie przesadzaj, bo potem to na mnie spadnie jakaś pradawna rodzinna klątwa jak cię wyrzucą - odparł jakby faktycznie najbardziej, ze wszystkich możliwych konsekwencji bał się właśnie tego, a nie, powiedzmy, utraty posady.
- Wolałbym nie myśleć co się kryje w tej księdze. Jak w ogóle mogą wyglądać klątwy wymyślone przez Włochów? - Zastanowił się przez chwilę. - Włosy zmieniają się w spaghetti bolognese, a ręce w dwie extra duże pizze z podwójnym pepperoni? - Wzdrygnął się pół żartem, pół serio, a na jego ustach pojawił się diabelsko niewinny uśmieszek. - Istny koszmar. Voodoo to przy tym zabawa. Nie cierpię bolognese. 
Na razie mógł się nabijać do woli, wiedział jednak, że jeżeli faktycznie księga kiedykolwiek trafi w posiadanie Clotilde, nie będzie mu aż tak do śmiechu. Wtedy nikomu nie będzie do śmiechu..
Zaczął szczerze doceniać to, że dziadkowie dziewczyny byli takimi rozsądnymi czarodziejami.
Oswojone potwory nie gryzą.
No nie wiem - chciał powiedzieć, jednak ugryzł się w język, dochodząc do wniosku, że lepiej nie kontynuować tego śliskiego tematu. Przemknęło mu jedynie przez głowę, że w takim razie musiał popełnić jakieś podstawowe błędy wychowawcze w swoim wypadku. 
Pozwolił jej dotknąć swojej twarzy, a gdy poczuł chłodne palce na skórze przymknął oczy. Papieros wylądował już gdzieś w międzyczasie w wodzie, a on musiał się powstrzymać przed chęcią złapania dziewczyny i przyciągnięcia do siebie. Gdy dotknęła jego wargi, on bezwiednie rozchylił lekko usta, a ich lewy kącik drgnął w przelotnym uśmiechu. Spodziewał się tego co będzie później. Otworzył oczy gdy tylko się podniosła, a w jego tęczówkach nie było ani cienia zaskoczenia, jedynie spokój, który próbował przykryć coś, co zaczęło iskrzyć gdzieś w głębi. Potrzeba i pragnienie bliższego kontaktu, bliższego dotyku, który pozwoliłby zapomnieć o wszystkim dookoła. Czuł jak wewnątrz rozsadza go potrzeba tego, aby pozwolić  się pochłonąć temu szaleństwu raz jeszcze. 
Zamrugał, a dziwna iskierka zniknęła gdzieś pod przywołanym spokojem. 
- Nie żebym marudził, ale teraz to ty mnie dotykałaś - zauważył z rozbawieniem, pozwalając się jej przysunąć do siebie. Dotknął jej ramienia, zdecydowanie i bez wahania przesunął dłonią po skórze. Nachylił się nad nią. - Zawsze możesz mi zabronić się dotykać, jeżeli tego właśnie chcesz. - Mruknął jej do ucha, tak że musiała poczuć jego ciepły oddech na delikatnej szyi. Chciał sprowokować ją, zupełnie jednak nie wziął pod uwagę tego, że sam również nieco się nakręcał. Odchylił głowę, niemal walcząc przy tym z samym sobą. Westchnął, ale na następne słowa dziewczyny w końcu nieco ochłonął. 
- Może - przyznał, ledwo się nad tym zastanawiając. Oparł brodę na jej głowie. - Może już się do tego przyzwyczaiłem. 
Siedział przez chwilę zamyślony nad własnymi słowami, pozwalając na to żeby ciało Clotilde, które miał niejako między nogami, ogrzało go od środka i przywołało błogi spokój. 
- Może sam siebie gryzę, karząc się za wszystkie błędy, które moje życie podrzuciło mi pod nogi, jak kłody, o które potykałem się na każdym kroku. - Wymusił lekki uśmiech, nie do końca będąc świadomym, że Clotilde i tak go nie widzi. - Ale tak musi być. Przywykłem do tego i już chyba faktycznie nie potrafiłbym żyć inaczej. 
Gówno prawda, ale co to ma za znaczenie. Może i dałoby się uratować Jamesa La'Vaqlorie, ale po co to robić? Nie chciał tego i raczej nie było osoby, która by się podjęła ściągnięcia tej skorupy przeszłości, złożonej z żalu i bólu. Pod spodem byłby zapewne nagi człowiek, pozbawiony w życiu wszystkiego, na czym tylko mu zależało. 
Byłoby to okrutne dla niego.

James La'Vaqlorie

avatar

avatar
Cytat : Desire, I'm hungry

Gif : Big Bad Wolf

Ranga : Big Bad Wolf

Punkty doświadczenia : 75

Punkty Życia : 100

Wiek : 30

Krew : Czysta

Narodowość : Anglik

Pieniądze : 150G

Pracownicy Uniwersytetu

Powrót do góry Go down

Re: Pomost przy jeziorze

Pisanie by Clotilde Coletti on Wto Maj 16, 2017 2:49 am

James mógł czuć się bezpieczny. Szare oczyska Włoszki miały pozostać nieskalane świadomością tak długo, jak tylko tego potrzebował - nie naciskała w końcu, nawet jeśli wiedziała, że obrazek który miała przed sobą nie był do końca kompletny. W ukrytej za plątaniną włosów kopule wciąż nie zapalił się ten wielki błysk, zmuszający do tego, żeby rzucić wszystko inne w cholerę i zgłębić tajemnicę. Inna sprawa, że ten pojawiał się czasem w najmniej spodziewanych momentach i ciężko było stwierdzić, co właściwie go wyzwalało... Clotilde potrafiła dzień w dzień przesypywać tabletki z jednego pudełka do drugiego, nie zastanawiając się nad tym, jakie to tym razem specyfiki wyszły spod utalentowanych palców jej Nonny, by nagle, wiedziona ciekawością nie wyzwoloną przecież niczym konktetnym, łyknąć całą garść... I chociaż już wtedy Nonna wykazywała się dużym rozsądkiem, a Włoszka przedawkowała tylko magiczny rutinoscorbin (no co za pech!) wiadomo już było, że niekoniecznie przejmuje się ceną, którą przyjdzie jej zapłacić za rozwiązanie zagadki... 
- No ba, że mądry! Mugol w końcu! - uśmiechnęła się, jakby to wszystko tłumaczyło. W końcu w świecie dziewczęcia, które gdyby nie zaklęcie przywołujące, niczego nie było w stanie znaleźć, każdy kto przeżył tyle lat bez użycia magii urastał do rangi niezwykłego stworzenia.
No i proszę, proszę, faktycznie - profesor z lepszego sortu! Róbta co chceta, ale jak widzą to byleby szybko...
Parsknęła śmiechem.
- Ty się klątwy nie bój, ty się Nonny bój i módl, żebym nie wypaplała jej nic nigdy. Byś się ożenić ze mną musiał. - Uśmiech, który rozciągnął umorusane policzki był tak szeroki, że aż bolał. Trzęsła się przez chwilę, nie mogąc opanować rechotu, jednak na myśl o magicznej księdze spoważniała i zmarszczyła czoło.
- Jeśli faktycznie pochodzi jeszcze z Triory*, to bym się zdziwiła. Laska musiała być nieźle wpieniona... - mruknęła, a jej irytacja nie miała nic wspólnego dawną rzezią. - Voodoo... Też mi o nim nie gadasz. Wy hamujecie mój rozwój! - wywróciła oczami, nie mając zamiaru się kłócić, a stwierdzając jedynie oczywistą oczywistość. No bo przecież hamowali, i nikt nie powie, że nie! Oj, przesadzali z tą troską...
A tak naprawdę to nie. Tak naprawdę, to Nonna, Nonno, a nawet James, powinni dostać od ministra jakieś odznaczenia za zasługi dla ludzkości czy coś... 
- Nie lubi bolognese... - mruknęła jeszcze tylko pod nosem, kręcąc przy tym głową, jakby miała przed sobą kogoś niespełna rozumu. 
I zadziwiające, jak płynnie potrafili przejść z jednego krańca relacji na drugi, bo przecież od tych wszystkich burknięć minęło ledwie kilka minut, kiedy to stosunek uszczypliwości do czułości uległ drastycznej zmianie, a dłonie same z siebie zapragnęły zmienić pacnięcia na głaśnięcia. Uch, nie tylko zresztą dłonie...
Kilkumiesięczna przerwa zrobiła swoje i Clotilde zdążyła zapomnieć, jak bardzo ten wilk potrafił być wkurzający, a krótka pokazówka na "dzień dobry" była zdecydowanie zbyt krótka, żeby potrafiła powstrzymać ten przyspieszony puls i pełzające po policzkach gorąco. Ale przecież to nic takiego, powtarzała sobie, przecież ona mu tylko starła sadzę z wargi, przecież go znała...
Zmiana pozycji nie bardzo jej pomogła. Zamglone oczy ledwie dostrzegały jezioro przed sobą, a oddech ni jak nie chciał się unormować...
- Jaaa..? - sapnęła, opadając wolno na jego pierś. I jakby nie dość była jeszcze roznamiętniona, James postanowił uraczyć ją swoim stanowczym dotykiem, który tak bardzo nakręcał ją ostatnim razem. Włoszka chwyciła mocniej jego kolana, wbijając w nie delikatnie paznokcie i przylgnęła do niego jeszcze bardziej, czując mrowienie rozchodzące się od miejsca, na które padł jego rozgrzany oddech.
I nie powiedziała ani słowa...
Nie wykonała też jednak żadnego więcej gestu, a przecież bardzo łatwo byłoby się teraz odwrócić i położyć mu ręce na ramionach, tylko po to żeby pchnąć go do tyłu i nie bacząc na nic i na nikogo, zatracić się w namiętnej gwałtowności. A już z całą pewnością byłoby to łatwiejsze, niż czekanie na to, aż jej przejdzie... Długo oddychała więc przez usta, nim udało jej się podjąć przerwany wątek, a nawet wtedy jej i tak wysoki głos wydawał się być jeszcze wyższy.
- Non ha senso... - stwierdziła, po wysłuchaniu jego odpowiedzi, a w jej głosie próżno było szukać teraz charakterystycznego trelu. Odnalazła jego dłoń i splotła z nią palce. - Się nie możesz gryźć za coś, co ci życie podrzucało, bo jak rzuci następne, to nie będziesz miał siły... - pokręciła głową. - I wiesz co? Tylko raz odcięłam sobie palec i tylko raz wsadziłam sobie mysz do buzi. Gdybym miała się tym martwić, to bym chyba oszalała! - no aż sapnęła. I mimo infantylności przytoczonych przykładów, to intencje miała przecież dobre... Przesunęła sobie ich splecione ręce na udo i nie bardzo mając jak spojrzeć mu w oczy, trąciła go lekko głową.
- No i jak już chcesz, ale kiedyś znajdę ci jakiś kaganiec. - Uśmiechnęła się wiedząc, że jeśli tylko nie traktować jej słów dosłownie, to miały sporo sensu. I chociaż nigdy nie próbowała ratować Jamesa La'Vaqlorie, to można było być pewnym, że gdyby stanął przed nią nagi i złamany, to ze stoickim spokojem stwierdziłaby tylko, że trzeba go ubrać na nowo.
Taka już była mądra...




TRIORIA* - tzw. Włoskie Salem, gdzie w latach 1587 - 1589 odbył się najokrutniejszy proces czarownic we Włoszech → > KLIK <

_________________

CLOTILDE COLETTI
What a beautiful mistake...

Clotilde Coletti

avatar

avatar
Cytat : Z tego nic nie będzie choć powstanie~

Gif :

Ranga : Malkavian ❤

Punkty doświadczenia : 57

Punkty Życia : 100

Wiek : 19 lat

Krew : Półkrwi

Narodowość : Włoszka

Pieniądze : 44G 10S 18K

Wydział Magii Eksperymentalnej i Katedra Magicznego Sportu

Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach