James La'Vaqlorie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

James La'Vaqlorie

Pisanie by James La'Vaqlorie on Pon Mar 27, 2017 9:51 pm

James La’Vaqlorie

Informacje


3023.09.1986AnglikSzkoła Magii Uagadouwilkołak Zilpha La’Vaqlorie

Aparycja


18783kg

Ciężko jednoznacznie powiedzieć jakie wrażenie robi James La’Vaqlorie gdy widzi się go po raz pierwszy. Wysoki, dobrze zbudowany, poważny mężczyzna, któremu dość często przerastająca broda dodaje nieco agresywnego wyglądu. Jego przenikliwe oczy zmieniają kolor w zależności od światła oscylując w odcieniach chłodnego błękitu i jasnej zieleni. Spojrzenie ma twarde, a gdy ktoś go nie zna, ma zazwyczaj problem z utrzymaniem na dłuższą metę kontaktu wzrokowego. Robi się chyba dziwnie niezręcznie, czy coś w tym stylu. Rzadko się uśmiecha, a gdy już to robi, bardzo często tylko jednym kącikiem ust, zupełnie jakby nie chciał zbyt wysilać swoich mięśni mimicznych. Co zresztą widać w wielu sytuacjach wymagających od niego zobrazowania również innych swoich emocji. Jest zdecydowanie oszczędny w gestach jak i w słowach. Gdy w końcu komuś uda się go szczerze rozbawić, człowiek przeżywa szok słysząc dźwięczny, nieco chrapliwy śmiech i uśmiechnięte oczy, bo na tę krótką chwilę ma się wrażenie, że mężczyzna stracił nieco ciężaru z barków i cienia z twarzy. Rzadki widok, ale warto spróbować. Potrafi się bardzo uroczo uśmiechać, trzeba jednak mieć szczęście, bo najczęstszy uśmiech jaki wykrzywia jego wargi to ironiczny grymas, bądź złośliwa mina zwiastująca jakąś doczepkę.
Niektórzy dostrzegają jego urodę, która przywodzi na myśl jakiś stary ród obrzydliwie bogatych biznesmenów. Jednak przy jego irytującej wręcz tendencji do gardzenia elokwencją bardzo ciężko to zauważyć. Nie modeluje włosów, nie nosi drogich zegarków i błyszczących butów, nie cierpi garniturów, mimo że wygląda w nich wyjątkowo dobrze i sam doskonale o tym wie. Nie, on nosi się z przedziwną dzikością, czasami mniej lub bardziej elegancko, zawsze jednak z nutką nonszalancko wtopionego w całość nieokrzesania. Na ciele ma liczne tatuaże, mniej lub bardziej czytelne. Wiele z nich to afrykańskie symbole, niektóre związane bezpośrednio z kultem voodoo, inne mniej przerażające. Jego jasne włosy czasami wcale nie widzą z rana grzebienia, bo po co, skoro i bez tego wyglądają dobrze. Nie, nie, nie jest niechlujem i nie mogłaby mu tego zarzucić nawet sama królowa Elżbieta. Po prostu ma w sobie coś takiego, być może to jego drapieżne oczy, wyraźne i ostre rysy twarzy, wykrzywione w lekkim uśmiechu zgrabne wargi odsłaniające rząd równych białych zębów.. bądź jakieś bliżej nieokreślone wrażenie jakie sprawia… jest to coś takiego, co ludziom przywodzi na myśl.. hm.. wilka.

Charakter


Ciężko jest rozwikłać jaki charakter tak naprawdę ma pan La’Vaqlorie nie znając wcześniej jego historii. Jest on swego rodzaju zagadką nawet dla najbliższych, co wynika głównie z faktu że jest nieznośnie skrytym czarodziejem. Nie ma ani jednej rzeczy, którą można o nim powiedzieć jednoznacznie. Zawsze gdzieś jest drugie dno, zawsze znajdzie się coś, co nie pasuje do reszty. Zachowuje się tak jakby czasami był zaprzeczeniem samego siebie. Nie ma w nim powtarzalności ani reguł, które mogłyby pomóc w obcowaniu w jego towarzystwie. Zdaje się, że jego zachowanie jest kwestią rzutu kośćmi. Tak to przynajmniej wygląda gdy patrzy się na niego z boku. Gdyby natomiast wejść do jego głowy, chaos widoczny na zewnątrz okazuje się być jedynie maską mającą zakryć to co prawdziwe. Jakież to typowe, prawda? Ciężkie dzieciństwo, trauma związana z faktem, że jego własna matka chciała go zamordować jak był dzieckiem… ekhem.. no ale o tym to może kiedy indziej. W każdym razie człowiek miał prawo żeby się nieco zamknąć na społeczeństwo.
Wszystko to może brzmieć jakbyśmy mieli do czynienia z osobą nieśmiałą czy zagubioną. Nic bardziej mylnego, bo La’Vaqlorie to uosobienie pewności siebie. Nie pozwoli na to żeby ktokolwiek udowodnił mu jego błąd, jest uparty jak osioł, a jego ignorancja do odmiennego zdania jest wręcz namacalna. Wszystko to manifestuje jedynie milczącą pogardą, przez co ludzie zarzucają mu czasami dziecinność obrażonego chłopca. Co zaskakujące, jeżeli chodzi o wszelkie odmienności społeczne jest bezspornie tolerancyjny. Po tym jak jego mamuśka chciała mu odebrać życie, ojciec zadecydował o wyjeździe z Anglii. James miał iść do Hogwartu, ale plany się pozmieniały i koniec końców dostał na pożegnalny prezent bilet na samolot do Egiptu, skąd miał znaleźć sobie dalszą drogę do swojej przyszłej edukacji. Dorastając przez całe szkolne życie w Afryce miał do czynienia z wieloma odmiennościami i nigdy nie zdarzyło mu się oceniać ludzi jedynie przez pryzmat koloru skóry, religii, czystości krwi czy seksualności. Szczerze mówiąc zdaje się, że po tym czasie, James sam siebie bardziej utożsamia ze społecznością tamtego kontynentu aniżeli ze standardami Europejczyków. W jego oczach ciemnoskórzy ludzie są bardziej skromni, chociaż może to wynikać z tego, że dopiero żyjąc wśród nich poznał co to znaczy bieda. Jasne, że w Uagadou byli też bogaci czarodzieje z wielkich rodzin arabskich szejków, jednak zdecydowana większość pochodziła ze świata o innych realiach.
Wracając do naszego głównego bohatera, James ma irytującą zmienność nastrojów, ale dzięki temu, że nie jest przy tym specjalnie marudny i najczęściej gdy ma zły humor zwyczajnie się nie odzywa, nikt go nie porównuje do kobiety w trakcie okresu. Jest oszczędny w słowach i bardzo często potrafi na trzy pytania złożone odpowiedzieć zwykłym ‘mhm’, bądź po prosu mruknąć coś niezrozumiałego pod nosem. Być może nawet słuchał co się do niego mówiło, mimo że często nie daje tego po sobie poznać.
Łatwo go zdenerwować, ale bardzo rzadko można to dostrzec w wyraźniejszym geście aniżeli jego ironiczny uśmiech. Jego największą wadą jest egoizm, bo nie ulega wątpliwości, że najczęściej zależy mu jedynie na własnym interesie. Oczywiście mogłaby się zdarzyć sytuacja odbiegająca od tej reguły, ale musiałaby dotyczyć kogoś, na kim La’Vaqlorie bardzo zależy, a takich osób jest niewiele… mało.. prawie wcale? Czy zasługuje na miano nieczułego dupka? Owszem. Ale trzeba wierzyć, że powodem jest brak odpowiedniej osoby obok niego.
Mimo swojej oschłej natury, jak chce, to potrafi być szarmancki i uwodzicielski, może nawet kryje się w nim odrobina romantyzmu, ale mało komu udaje się to dostrzec. Szanuje kobiety na swój sposób. Jak na razie nie akceptował czegoś takiego jak związki, a wszystkie damy z którymi sypiał bądź sypia regularnie mają jasno postawioną sprawę i dobrze wiedzą, że nie jest typem faceta obok którego obudzą się następnego ranka, bo zazwyczaj James wyjdzie w środku nocy.
Jeżeli chodzi o przyjaźnie to również raczej unika podobnych zobowiązań. Jeżeli ma bliskie sobie osoby, to mógłby je policzyć na palcach jednej ręki. Niewielu jest w stanie znieść jego charakter przy bliższych relacjach, no i on często sam nie chce zmieniać tego stanu rzeczy. Potrafi być złośliwy lub ponury bez szczególnej przyczyny, lubi prowokować i rzucać cięte uwagi. Złośliwości ma w sobie aż nadto. Do tego możliwe, że ma mały problem z alkoholem i pali jak Rogogon Węgierski, ale nic w tym dziwnego skoro ma minimalne poszanowanie dla własnego zdrowia. Ryzyko? Uwielbia! Czasami też, mimo codziennej drapieżności i często towarzyszącej mu ponurej powagi, wychodzi z niego mały rozwydrzony dzieciak i pcha się w tarapaty jak skończony idiota. W takich sytuacjach ma więcej szczęścia i umiejętności niż rozumu, ale to przypadek beznadziejny. Jego upór sprawia, że nawet jak się na czymś sparzy to niczego go to nie nauczy. Czy było wspomniane już, że posądzają go o rozdwojenie jaźni? Tak? No to może jednak roztrojenie…

Plany i ambicje


Od dziecka James był indywidualistą, zawsze nieco dojrzalszy na swój wiek niż reszta, mimo że niejedne jego wybryki i zachowania świadczyć by mogły o czymś zupełnie odwrotnym. Wszędzie było go pełno i łapał się każdego zajęcia jakiego tylko mógł. Oprócz tego że uwielbiał rozkładać przedmioty na kawałki i składać je z powrotem oraz jak na chłopca przystało miał małą manię na punkcie samochodów, to jego największą fascynację zawsze budziły magiczne stworzenia, a dokładniej – wilkołaki. Przerażające i odrzucające, a jednak małego Jamesa nigdy nie zniechęcały. Wszystko dlatego, że jego ojciec był wilkołakiem od urodzenia i nie przeszkadzało mu to w byciu dla chłopca przykładem do naśladowania. Thomas La’Vaqlorie był wymagającym i ostrym ojcem, jednak darzył chłopca miłością i opieką.
James nie dostał genu wilczego od rodzica i w pewnym okresie swojego życia bardzo nad tym ubolewał. Uważał, że likantropia to dar, a wilkołaki są pięknymi i fascynującymi stworzeniami, które zasługują na więcej niż daje im współczesny świat czarodziejów. Jako chłopiec bardzo chciał wynaleźć substancję, która pobiłaby eliksir tojadowy na głowę i pozwoliła na całkowitą kontrolę w trakcie przemian, nigdy jednak nie powiedział o tym ojcu, gdyż bał się reakcji.
Dość sporo w postrzeganiu świata przez Jamesa zmieniło się po nieszczęsnym incydencie, w którym Zilpha, jego matka, próbowała go udusić gołymi rękoma. Miał jedenaście lat, a to zdecydowanie za mało żeby wytrzymać wszystko to, co wydarzyło się tamtego feralnego wieczoru. Stał się bardziej ponury, ale też wewnątrz siebie bardziej zawzięty. Gdy trafił do Uagadou parę tygodni później był zmobilizowany do pracy. Nie wiedział do końca czego chce od życia, wiedział tylko, że postrzega je jako grę, którą bardzo chciał wygrać. Tak więc ambitny La’Vaqlorie pilnie przykładał się do zajęć, zdobywał dobre oceny, jednak nigdy nie cieszył się dobrą sławą. Parę dzieciaków zarzuciło mu, że pewien czarodziej z dawnych czasów w znanej szkole w Szkocji również był taki jak on. Chciał być lepszy od innych, miał duże ambicje.. James na to wzruszał jedynie ramionami z lekkim, pogardliwym uśmiechem, na co większość reagowała przerażeniem i więcej nie wchodziła mu w drogę. Tak naprawdę może i przypominał Toma Riddle’a z czasów dzieciństwa, nigdy jednak nie miał zapału do okrucieństwa i wcale nie uważał się za lepszego od innych. Chciał być lepszy, ale ciężko pracując i zdobywając sukcesy, a niekoniecznie wymachując różdżką w każdego pierwszorocznego i wyzywając wszystkich od szlam i mugoli. Taka subtelna różnica.
Spędzając wakacje z ojcem na małej farmie w Republice Beninu poznawał tamtejszą kulturę i interesował się nieco sztukami voodoo, w końcu była to kolebka tej sztuki. Tam również spędzając czas z mugolami zapałał pasją do mechaniki i zaczął jeździć swoim pierwszym motocyklem.
W trakcie trzeciego roku nauki w Uagadou dowiedział się o śmierci swojego ojca. Nie było to dla niego łatwe przeżycie i zapewne do końca wypaczyło z niego czysto pozytywną energię. Jego ambicje nie zmalały, jednak nie miał serca dalej pracować nad lekiem na likantropię, który wcześniej zawsze był gdzieś z tyłu jego głowy. Czuł, że musi zrobić coś, co zamknie koło życia jego ojca. Odpowiedź była prosta, wręcz oczywista. James był zdolnym chłopcem, a transmutacja była zawsze jego dobrą stroną. Zdał sobie sprawę z tego, że od zawsze czuł się inny niż powinien, a po śmierci ojca dodatkowo pusty w środku. Musiał tę pustkę czymś wypełnić. Zaczął uczyć się jak zostać animagiem. Zespół Szkolny Animagów był wymagający, Jamesowi nie brakowało jednak determinacji, szybko przekonał ich, że jest studentem, który jest w stanie udowodnić na co go stać. Pierwszy raz pełną postać chudego, białego wilka udało mu się uzyskać w ostatniej klasie. Był to duży basior z wystającymi żebrami i długimi łapami o wielkich pazurach. Gdy się na niego patrzyło, sięgający biodra wilczur swoją chudą sylwetką, potarganą sierścią i długim pyskiem przywodził na myśl nic innego jak wilkołaka.
James zdał ostatnie egzaminy i wrócił do Beninu. Myślał, że będzie to miejsce, w którym odnajdzie nieco spokoju, okazało się jednak, że szybko zaczął się dusić wspomnieniami, no i wśród mugoli brakowało mu magii. Decyzja o powrocie do Anglii przyszła mu dość łatwo.
Podjęcie pracy w Veneficium było pewnego rodzaju przypadkiem. Nie planował tego, a spontaniczna decyzja przyszła po przeczytaniu artykułu o uczelni w gazecie. Ot taki eksperyment, bo dlaczego miałby się nie nadawać? Był świetny z transmutacji jeszcze w Uagadou, obrona przed czarną magią to była bułka z masłem, a eliksiry kojarzyły mu się z piękną ciemnoskórą czarownicą będącą prowadzącą tego przedmiotu. Lubiła nosić obcisłe sukienki, a na jej widok każdy student ślinił się do swojego kociołka. Poza tym szkoła zawsze wywoływała w nim dobre emocje. Uznawał to za swego rodzaju nowy start, który miał być początkiem wzięcia losu w swoje ręce.

Przykładowy post


Słońce chyliło się w kierunku horyzontu, a zdobny taras w ogrodach zachodniej części Uagadou powoli spowijały podłużne cienie. Młoda studentka siedziała na jednej z ławek i przyglądała się jak jasna kula chowa się powoli za koronami drzew pięknego deszczowego lasu, który leżał u podnóży góry i wbudowanej w nią uczelni. W jej dużych, jasnych oczach odbijała się jasna plama światła, a śniada skóra błyszczała lekko podkreślając łagodną urodę dziewczyny.
James stał w cieniu, oparty plecami o jedno z wielu tamtejszych drzew z szerokimi pniami i pokaźnymi koronami. Do niego nie docierały ostatnie promienie słońca, dlatego czuł się trochę tak jakby patrzył na wszystko zza jakiejś zasłony. Jego oczy przesunęły się po sylwetce młodszej o trzy lata studentce, a w głowie miał pytanie kiedy po raz pierwszy tak naprawdę dostrzegł jej niezaprzeczalną urodę. Czuł się jakby jego młodsza siostra nagle okazała się ładną kelnerką z baru, w którym bywał tak wiele razy.
- Przegapisz najlepsze stercząc tam jak patyk.
Miała tak delikatny głos, że nie była w stanie wyrwać go z rozmyślań. Dopiero gdy spojrzała na niego swoimi kasztanowymi ślepiami zrozumiał, że zaczynał się gapić. Wzruszył ramionami w odpowiedzi na jej zaczepkę.
- Widziałeś kiedyś zachód słońca? – spytała. Nie mógł powstrzymać lekkiego parsknięcia z nutką naturalnej dla siebie pogardy. Głupie pytanie, kto nie widział. Ona jednak wstała zanim zdążył wymyślić jakąś wystarczająco złośliwą odpowiedź. – Czy naprawdę kiedyś go widziałeś?
Podeszła do niego i złapała go za rękę. Nie opierał się gdy ruszyła w kierunku ławki, ale malowniczo przewrócił oczami. Dziewczyna w połowie drogi puściła jego rękę i podeszła do ławki. Usiadła na niej po czym spojrzała na Jamesa wyczekująco.
- No chodź. Nie spłoniesz od kilku promieni słońca.
Podszedł. Usiadł. Spojrzał na słońce. Nic szczególnego. A jednak docenił fakt, że zrobiło mu się nieco cieplej dzięki jego ostatnim wątłym promieniom.
- James?
Spojrzał na siedzącą obok dziewczynę.
- Hm?
- Opowiedz mi swoją historię – poprosiła. Nabrał powoli powietrza odwracając wzrok od niej. Prosiła go o to już bardzo wiele razy i za każdym słyszała odmowę. Dziś jednak okoliczności były inne. To był jego ostatni wieczór w Uagadou i mimo, że nie wiedział wtedy, że to będzie ich ostatnie spotkanie, czuł że jest jej coś winien. Westchnął.
- Nie wiem czemu się tak upierasz…
- Chce zrozumieć. – Wbiła w niego swoje duże oczy, a on dostrzegł w nich dokładne potwierdzenie jej słów. – Naprawdę chcę zrozumieć dlaczego.
Milczał przez dłuższą chwilę po czym kiwnął głową i spojrzał w kierunku słońca. Od czego tu zacząć? Zdał sobie sprawę, że nigdy nie mierzył się tak namacalnie z własną przeszłością jak to miał zrobić teraz. Nie wiedział czego oczekiwać. Bólu? Żalu? Cóż, na razie nie czuł nic.
- Mój ojciec był bogatym przedsiębiorcą – zaczął. – Miał swoje udziały w pewnej firmie, która zajmowała się obrotem różdżkami na terenie Anglii i paru innych państw Europy. Miał kilku wspólników, a interes wydawał się kręcić całkiem konkretnie. Mieszkaliśmy w dużym domu na obrzeżach miasta.. – Spojrzał na dziewczynę widząc, że się uśmiecha lekko. – Wydaje się spełnieniem marzeń, co? – spytał z ponurym rozbawieniem. – Nie do końca, bo widzisz, mieszkała z nami jeszcze moja.. – zaciął się po czym odchrząknął. – Moja matka. – Dziwnie się czuł wypowiadając te słowa, a jego głos brzmiał mu jak obcy. – Nie była zdrową kobietą. Odkąd mnie urodziła zaczęły się u niej problemy emocjonalne. Napady lęku i złości, napady śmiechu.. – roześmiał się sam nie wiedząc czemu.
- Była szalona. – skwitował. – A jej stan pogarszał się z roku na rok. Mieszkaliśmy na terenie Wielkiej Brytanii więc z momentem ukończenia jedenastego roku życia miałem dostać list z informacją o przyjęciu do Hogwartu. Ona nie mogła się z tym pogodzić. Nie chciała dopuścić do tego żebym wyjechał.
Urwał na chwilę. Dziewczyna podciągnęła kolana pod brodę siadając przodem do niego i położyła mu rękę na ramieniu. Pokręcił głową wbijając wzrok w niebo.
- Z czasem robiło się już tylko gorzej. Odebrali jej różdżkę jak miałem dziewięć lat, bo uznali, że nie jest w stanie się kontrolować, po tym jak próbowała podpalić mój pokój. Nie wiem dlaczego jej chęć zatrzymania mnie przy sobie miała tak… agresywne oblicze. Z czasem nie mając już magii pod ręką zaczęła rzucać przedmiotami. Na początku były to talerze. Potem noże.
- James… - dziewczyna ścisnęła jego ramię, a on spojrzał na nią twardym wzrokiem.
- Chciałaś wiedzieć..
Pokiwała głową, a w jej oczach pokazało się głębokie współczucie. Skrzywił się na ten widok i odwrócił wzrok.
- W przeddzień moich jedenastych urodzin nieco przesadziła z alkoholem. Byliśmy sami w domu. Była pełnia… Wiesz, że mój ojciec był wilkołakiem. Miał swoją celę w piwnicy, w której zamykał się żeby przetrwać noc. Siedzieliśmy z matką sami w salonie. Zaczęła się złościć.. już nawet nie pamiętam na co.
Przełknął ślinę.
- Prosiłem ją żeby przestała krzyczeć, ona jednak nie była w stanie. Podeszła do mnie i zaczęła mnie bić po głowie, powtarzając że mnie nigdzie nie puści. Że jestem tylko jej i nikomu mnie nie odda. Potem nagle się do mnie przytuliła i zaczęła płakać.
Dziewczyna patrzyła na niego z łzami w oczach, on jednak przerwał tylko na chwilę ponurego zastanowienia.
- Nie zorientowałem się kiedy matczyny uścisk zaczął się zacieśniać. Złapała mnie za szyję i łkała do ucha wciąż te same słowa. Przepraszam. Nie oddam cię. Przepraszam. A potem się roześmiała.
James podniósł wzrok, który od jakiegoś czasu spoczywał na jego dłoniach. Słońce zdążyło już całkowicie zajść.
- Nigdy nie zapomnę tego śmiechu. Mroził krew w żyłach, a ja nie mogłem oddychać.
- James….
- Do dzisiaj mam ślady na szyi po jej paznokciach..
- James! – Dziewczyna przerwała mu przerażona. Przytuliła się do jego ramienia. On jednak nie miał zamiaru kończyć tej historii.
- Udało mi się ją odepchnąć od siebie… upadła do tyłu, przewracając się na szklany stolik. Pękł pod wpływem uderzenia. Wszędzie było pełno szkła, ja jednak widziałem tylko jeden duży kawałek, który wbił się jej w szyję. Patrzyła na mnie przerażonym spojrzeniem, a z ust wypływała masa krwi… Wiesz co było ostatnią rzeczą jaką powiedziała?
Dziewczyna patrzyła na niego przez łzy, a po dłuższej chwili pokręciła głową.
- Jesteś mój.





Animagia
Teleportacja
Niewerbalne rzucanie zaklęć 

James La'Vaqlorie

avatar

avatar
Cytat : Desire, I'm hungry

Gif : Big Bad Wolf

Ranga : Big Bad Wolf

Punkty doświadczenia : 75

Punkty Życia : 100

Wiek : 30

Krew : Czysta

Narodowość : Anglik

Pieniądze : 150G

Pracownicy Uniwersytetu

Powrót do góry Go down

Re: James La'Vaqlorie

Pisanie by Colette Tomiczny on Pon Mar 27, 2017 11:14 pm

AKCEPTUJĘ!
• Teleportacja
• Zaklęcia niewerbalne

Co do animagii:
zostawiam temat otwarty i poczynając od dnia dzisiejszego masz tydzień na napisanie podania.
Po upłynięciu terminu oddania zakup zdolności jest możliwy w Sklepiku bibliotecznym.

_________________
Come closer.

Colette Tomiczny

avatar

avatar
Cytat : I am a GREAT MAN and one day If you are very lucky I might even be a GOOD ONE.

Gif :

Ranga : Smok Katedralny

Punkty doświadczenia : 34

Punkty Życia : 100

Wiek : 19 lat

Krew : Czysta

Narodowość : Polak

Pieniądze : 78 G

Wydział Magii Eksperymentalnej i Katedra Magicznego Sportu

Powrót do góry Go down

Re: James La'Vaqlorie

Pisanie by James La'Vaqlorie on Wto Mar 28, 2017 1:42 pm

Podanie o ANIMAGIĘ

 
Ciężko czasem wyjaśnić co się dzieje w głowie Jamesa La'Vaqlorie. Od dziecka miał nieco pod górkę, mimo że patrzącym z boku mogłoby się wydawać, że jego dziecięce życie to bajka. Być może dlatego, że nikt nie wiedział co działo się za murami dużego domu, w którym mieszkał razem z ojcem i oszalałą matką. Widzieli tylko wysokie ściany, zadbany ogródek i dwa biegające po nim psy. Gdy natomiast poznawali paroletniego Jamesa, dostrzegając jego dziwną ponurość, która dziecku w tym wieku nie powinna towarzyszyć, uznawali że jest pewnie rozpieszczonym bachorem, który jest zły bo nie dostał nowego iPhone'a. 
Nie, on nigdy nie przywiązywał uwagi do materialnych rzeczy, mimo że mógł mieć bardzo wiele. Tak naprawdę to mógł mieć wszystko poza tym czego najbardziej było mu potrzeba. Co może czuć dziecko zamknięte w dużym domu z matką, która odchodziła od zmysłów? Ojciec pracował całymi dniami w firmie, wracał zmęczony, ledwo mógł poświęcić na swojego syna ostatki swoich sił. Dlatego też James od dziecka pragnął miłości, której nigdy nie dostawał. Chłopiec nie mógł przyjść i przytulić się do mamy. Jak wpadał w tarapaty, nie było komu go nawet opieprzyć za to. Jak długo mogło to trwać? 
Cóż, niezbyt długo, bo James szybko zaprzestał poszukiwań tego, czego tak pragnął w najmłodszych latach. Skoro nie mógł znaleźć opiekuńczości ze strony swojej rodzicielki, po prostu zaprzestał jej oczekiwać, stąd jego oschłość i ponurość. 
Fakt, że jego ojciec był wilkołakiem sprawiał, że James uważał to za coś niezwykłego. Uwielbiał ten fakt w swojej rodzinie, było to coś co sprawiało, że byli niezwykli, chociaż on dobrze wiedział, że gdyby ktokolwiek się o tym dowiedział, zapewne czarodzieje zaczęliby gardzić jego rodziną. Zabawne, bo dla Jamesa był to kolejny powód do swego rodzaju dumy. 
Zawsze chciał być jak on. Thomas La'Vaqlorie urodził się wilkołakiem, James natomiast jako chłopiec zawsze ubolewał, że jemu nie przypadł w spadku ten dar. Czuł, że brak tego jednego genu sprawia, że jest pusty, że czegoś mu brakuje. 
Raz jeden jedyny, gdy miał sześć lat, poprosił ojca żeby ten go ugryzł. Bo chciał być jak on, bardzo chciał otrzymać ten wspaniały dar. W zamian otrzymał lanie jakiego nigdy wcześniej ani później nie dostał. Cóż, zrozumiał że jego ojciec ani trochę nie chce żeby chłopiec poszedł w jego ślady. Czy to sprawiło, że poczuł się inaczej? Raczej nie. Był przyzwyczajony do braku poparcia ze strony rodziców. Nigdy więcej nie wspominał o tym w towarzystwie ojca, aż ten doszedł do wniosku, że dziwny problem został zażegnany.
Gdy James trafił do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Uagadou i spotkał tam pierwszego animaga, patrzył na niego jak oczarowany. Wysoki mężczyzna o szerokich barkach i bujnych blond włosach sterczących niczym grzywa na wszystkie strony, zeskakując ze schodów wylądował na samym dole już jako wielki, majestatyczny lew. Na początku samo widowisko zrobiło na nim wrażenie, jednak dopiero po jakimś czasie dotarło dlaczego nie mógł wyrzucić tego pięknego obrazka ze swojej głowy.
To było niczym olśnienie. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał? Dlaczego nie mógł wykorzystać magii, po to aby dostać to, o czym marzył od zawsze?
Na początku były to tylko mrzonki. Członkowie Zespołu Szkolnych Animagów wybuchli śmiechem gdy przyszedł do nich po raz pierwszy. Jesteś zbyt młody, mówili. Nie dasz rady. To trudne i niebezpieczne, możesz zrobić sobie krzywdę. Lepiej odpuść.
Trudne?
Niebezpieczne?
Nie było rzeczy, której pragnął wtedy bardziej. Doszedł do wniosku, że musi udowodnić tym ludziom, że jest wart ich zaufania. Że jest wart aby zostać animagiem.
 
Wiadomo, że łatwiej powiedzieć niż zrobić. James chodził do tych samych ludzi tyle razy, że nie był w stanie już tego zliczyć. Zawsze słyszał to samo.
Był dobrym uczniem. Ambitnym. Szybko się uczył, nie bał się próbować nowych rzeczy, a gdy była taka potrzeba, był w stanie przesiedzieć w bibliotece całą noc. Nauczyciele w większości raczej go nie lubili. Był cichy i poza tym, że odnosił sukcesy, nigdy sam się nie udzielał. Nigdy nie pokazywał tego co potrafi póki nie został o to poproszony. Cichy i ponury, ale uzdolniony.
A jednak cały czas dowiadywał się, że to wszystko nie wystarcza żeby spełnić jego marzenie. Nie potrafił przekonać nikogo, że będzie w stanie nauczyć się animagii.
Punktem zwrotnym w jego życiu okazał się pewien majowy wieczór.
Thomas La’Vaqlorie był wilkołakiem od urodzenia, a ukrywał się z tym jak mało kto. Pracował w firmie sprzedającej różdżki na terenie Europy i miał szacunek wśród swoich współpracowników, którzy również uważali go za szanowanego czarodzieja. Likantropia nie była jednak jedyną jego tajemnicą.
Korporacja prosperowała bardzo dobrze, dawała duże zyski, spełniała wszelkie oczekiwania, jednak miała również swoje ciemne oblicze. W wielu miejscach na świecie znajdują się czarodzieje, którym ich różdżki zostały odebrane i to nie bez dobrego powodu. Firma w której pracował ojciec Jamesa zajmowała się również dostarczaniem różdżek do pośredników, którzy zaopatrywali bardzo ciemne strony czarodziejskiego świata i to niemal na każdym kontynencie. Było to duże przedsięwzięcie, ogromne zyski jak i nie lada ryzyko. Wiązało się to również z tym, że wspólnicy Thomasa byli dość ciemnymi charakterami.
Wracając do majowego wieczoru. Była pełnia, a James jak zwykle spędzał ją w ogrodzie, siedząc i patrząc się w niebo. Mówili, że jest nienormalny, on jednak po prostu rozmyślał. Lubił zapachy nocy, wolał widok księżyca niż słońca. Tak już miał.
Tego wieczoru dołączył do niego dyrektor szkoły, profesor Mbuzi. Obecność czarodzieja bardzo zaskoczyła Jamesa, który wstał natychmiast z murku, na którym siedział i skłonił się lekko. Zawsze szanował dyrektora swojej szkoły, był to bardzo mądry czarodziej, niebywale uzdolniony.
- Profesorze – przywitał go. Staruszek uśmiechnął się do chłopaka. Zawsze go lubił. Wtedy jednak w jego uśmiechu był cień głębokiego smutku.
- James, muszę ci o czymś powiedzieć.
Chłopak zmarszczył czoło. Staruszek pokazał mu żeby z powrotem usiadł, co James zrobił. I wtedy profesor zaczął mówić. Mało co miało znaczenie w tym wszystkim. Jamesowi wystarczyły pierwsze cztery słowa.
- Twój ojciec nie żyje.
W miarę jak chłopak wsłuchiwał się w następne słowa dyrektora, czuł jakby pochłaniała go ciemność nocy. Coś ciągnęło go w dół, jakiś zew, który słyszał już wcześniej, teraz jednak, kiedy wszystko inne ucichło, stał się tak intensywny, że chłopak nie był w stanie mu się oprzeć.
Z opowieści dowiedział się, że natura jego ojca wyszła na jaw tego dnia. I tego samego dnia znaleziono go martwego w jego własnym domu.
- Przykro mi, James.
 
Nie było sensu zastanawiać się kim byli sprawcy. James doskonale wiedział, że wilkołak w firmie psuje wizerunek, jest słabością. A korporacja w której pracował Thomas z pewnością nie mogła sobie na coś takiego pozwolić. To było jasne.
Czy poprzysiągł sobie zemstę?
Owszem. Ale był świadom, że na to ma jeszcze dużo czasu.
 
Śmierć ojca z początku wydawała się dobić Jamesa do ziemi. Uciszyć go. Stłamsić. Trwało to jednak bardzo krótko. Po miesiącu rozmyślań chłopak zabrał się do pracy, czując że jego determinacja jest jeszcze większa niż poprzednio.
Transmutacja zawsze szła mu dobrze. Kiedy po raz ostatni pojawił się w Związku Szkolnych Animagów, nie było wiadomym co zrobiło na nich aż takie wrażenie. Jego upór, ponura determinacja? Czy raczej drapieżny zapał. Po raz kolejny pokazał na co go stać. Gdy czekał na werdykt czy zostanie przyjęty przez nich na naukę czy nie, czuł się wyprany. Czuł się pusty, zupełnie jakby ostatnia próba wyssała z niego resztę motywacji.
Gdy komisja uznała, że mogą go wziąć pod swoje skrzydła, James czuł się jakby dostał kolejną szansę. Wtedy właśnie obiecał sobie, że da z siebie wszystko, żeby udowodnić swoją rację. Żeby pokazać, że nie wzięli go na marne.
 
Nauka była trudna i żmudna, a James z jej powodu niemal oblał parę przedmiotów. Niemal, ku rozczarowaniu niektórych osób. Były wzloty i upadki. Były rozczarowania i masa ciężkiej pracy.
Jego mentorem okazał się mężczyzna-lew. Był wymagający jak cholera. Surowy, czym motywował Jamesa jak nikt inny. Trzy lata minęły zanim udało mu się zmienić w cokolwiek. Nie był to wilk. W pewnym sensie mógł on go przypominać, jeżeli kot może przypominać słonia. Ale był to przełom. Jak każdy następny, powolny i wymagający poświęcenia wielu nocy na ćwiczenia.
Pierwszy raz zmienił się w wilka w ostatniej klasie. I chyba wtedy po raz pierwszy usłyszał pochwałę od swojego mentora. Przez następne lata poza uczelnią ćwiczył przemianę kiedy tylko mógł, aż w końcu w 2014 roku został oficjalnie wpisany do rejestru animagów.
Czuł się spełniony.

James La'Vaqlorie

avatar

avatar
Cytat : Desire, I'm hungry

Gif : Big Bad Wolf

Ranga : Big Bad Wolf

Punkty doświadczenia : 75

Punkty Życia : 100

Wiek : 30

Krew : Czysta

Narodowość : Anglik

Pieniądze : 150G

Pracownicy Uniwersytetu

Powrót do góry Go down

Re: James La'Vaqlorie

Pisanie by Colette Tomiczny on Wto Mar 28, 2017 2:05 pm

AKCEPTUJĘ!
• Animagia

_________________
Come closer.

Colette Tomiczny

avatar

avatar
Cytat : I am a GREAT MAN and one day If you are very lucky I might even be a GOOD ONE.

Gif :

Ranga : Smok Katedralny

Punkty doświadczenia : 34

Punkty Życia : 100

Wiek : 19 lat

Krew : Czysta

Narodowość : Polak

Pieniądze : 78 G

Wydział Magii Eksperymentalnej i Katedra Magicznego Sportu

Powrót do góry Go down

Re: James La'Vaqlorie

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content



Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach