Catriona Morrigan MacCance

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Catriona Morrigan MacCance

Pisanie by Catriona MacCance on Pon Mar 06, 2017 7:41 pm

Catriona Morrigan MacCance

Informacje


1927.03.1997SzkocjaHogwart (Hufflepuff)kuc rasy HighlandHorda Sluaghów – stworzeń z Szkockiego folkloru, dusz grzeszników, których nie przyjęły zaświaty

Aparycja


169 cm57 kg

-Czyyyli jesteś kimś w rodzaju księżniczki?- zaczerwieniona twarz jednej ze szkolnych koleżanek, puchonek, rozjaśniona była wesołością sprowadzoną ciepłem ognistej whisky.
Byli pełnoletni – w większości – a nikt nie zabronił im pić podczas wycieczek do Hogsmeade. Dlatego banda puchonów, zająwszy stolik pod oknem, wychylała szklaneczkę za szklaneczką i każdy stawał się coraz bardziej rumiany.
-No niby można tak powiedzieć- zaśmiała się w odpowiedzi Cat, upijając łyk whisky.
Blade zazwyczaj policzki zdobił rumieniec. Ciepło rozlewało się po ciele osoby, której mięśnie wyrosły hodowane pracą przy zwierzętach i w ogrodzie, wzmocniły się podczas jazdy konnej oraz pływania.
-Księżniczka przerzucająca gówno abraksanów- zaśmiał się do chóru jeden z chłopaków, opróżniwszy kolejną szklankę.
-Hej, lepsza taka niż rozpieszczona sucz!
-No to toast za znajomą królewnę!

Puchoni, zwłaszcza modląc się nad muszlą klozetową, niezbyt przejmowali się punktacją domu. Wiecznie przegrywali – nic dziwnego, byli w końcu mieszanką indywiduów mieszkającą przy kuchni. Dlatego też wymiotujące puchonki niemal rozbiły obozowisko w toalecie, nie przejmując się tego konsekwencjami.
-Umieram- ruda doczepka, którą Cat czasem nosiła, żeby mieć włosy za pas, odpięła się do połowy i wisiała smętnie nad karkiem ukazując rzeczywistą długość jej włosów. Ryże loczki sięgały za łopatki i w tamtej chwili rozsypały się na brzegu toalety o którą wsparła policzek dziewczyna wykończona wymiotowaniem. Rozmazał się tusz do rzęs, odkrywając przed każdym prawdziwy kolor rzęs – jasny brąz.
-Ja też- wymamrotała koleżanka skulona w objęciach koca przy zlewie.
Uszu dziewczyn dobiegł dźwięk wymiotowania od strony jednej z kabin. Inna z koleżanek, czująca się już nieco lepiej, zapuściła się do dormitorium po wilgotne chusteczki do demakijażu. Usiadła na kocu pod ścianą, widocznie zmęczona. Zaczęła zmywać makijaż. Miała ze swojego miejsca widok na bladą, rudowłosą Catrionę.
-Ale jesteś rozmazana- uśmiechnęła się bezbarwnie jednym kącikiem ust.
-Uh, ja się czuję jak gówno patykiem rozmazane, co tam tapeta- wyjęczała w odpowiedzi, ale przyjęła kilka chusteczek i zaczęła pozbawiać się twarzy, odkrywając tym samym siatkę piegów zdobiącą policzki o nieodznaczających się kościach, idealnie prosty nos. Brwi, naturalnie rudo-blond, zrobione henną miały dalej nienaruszony brązowy kolor. Nigdy nie potrafiła określić jaki ma kształt twarzy – serce? Okrągła? Szczęka rysowała się dość ostro, broda odznaczała się wyraźnie poniżej ust o ślicznym, sercowatym konturze. Oczy, wymęczone granicą upojenia alkoholowego i zaczynającego się kaca, wydawały się na niemal pozieleniałej od alkoholowyh ekscesów twarzy dziwnie nasycone niebieskością, jakby były jedyną żyjącą częścią swojej tracącej kolory właścicielki.
-Co tu się wyp... Na Merlina!- jedna z nauczycielek wparowała do łazienki i niemal od razu tego pożałowała, czując słodkawy, mdlący zapach wymiocin.
Rysował się przed nią krajobraz niemal postapokaliptyczny. Cała banda nastolatek, niektórych u progu siódmej klasy – innych, jak Cat, bliskich ukończenia szóstej klasy, ale już po siedemnastych urodzinach, rozłożona pokotem po całej posadzce łazienki na kocach i śpiworach, w towarzystwie ich zwierząt oraz całej masy kubków wypełnionych często kranówką do połowy. Usłyszała jak któraś z siedzących w kabinach dziewcząt zaczęła zwracać – to rudowłosa Mori pochylała się nad muszlą, chwaląc się wszem i wobec swoim brakiem przerwy między silnymi, umięśnionymi od konnej jazdy udami. Doczepka odpadła już ostatecznie, odsłaniając szerokie, ale mimo tego drobne, dziewczęce ramiona. Do chóru zaczęła wymiotować inna z dziewczyn, w sąsiedniej kabinie. Nauczycielka po prostu wycofała się, chyba zbyt zszokowana zastanym w łazience pobojowiskiem, żeby wyciągać dodatkowe konsekwencje. Postanowiła wrócić kiedy będą mniej... Wymiotować.
Skacowane musiały szorować całą łazienkę.
-Przynajmniej woda jest na miejscu- westchnęła Catriona przysiadając na piętach. Miała niewielkie stopy, wąską talię – szczupła, kobieca, podobno przypominała wizualnie babkę we wszystkim poza włosami.
-Taaa- burknęła inna z więźniarek.
-Warto było.

Charakter


-Walczyliśmy o niepodległość u boku Wallace'a. Patrzyliśmy w 1328 jak Robert I wkłada na skroń koronę niepodległej Szkocji po układzie w Northampton. Byliśmy jednymi z tych, którzy wspierali Dawida II, gdy wrócił na tron w 1337. Popieraliśmy, jak większość klanów, Roberta II Stuarta, czując jednak w sercach coraz głębszy niepokój. Po cichu przyglądaliśmy się, bardziej i bardziej niepewni swojego losu, jak do Szkocji wkracza anglikanizm. Na chwilę zapomnieliśmy o własnych strachach, gdy młodszy brat nieporadnego Roberta III Stuarta uwięziony został przez Henryka IV, króla Anglii – zaciskaliśmy najpierw z wściekłości pięści na mieczach i różdżkach, potem ocieraliśmy ukradkiem oczy, gdy Robert III umarł z żalu, pozostawiając kraj w rękach pierwszego diuka Albany, własnego brata. Wstrzymywaliśmy dech podczas gdy kraj pogrążał się w chaosie i z radością witaliśmy Jakuba I, gdy diuk w końcu zmarł. Radość zgasła szybko. Maczaliśmy różdżki w jego zgubie. Śmialiśmy się po cichu z „Lwa, co zagryzł własnego pana”. Udawało się kryć przed płomieniami stosów, ustawianych coraz częściej. Jakub III był dziwnym władcą – za jego rządów przeprowadziliśmy się większością klanu nad jezioro Loch Ness, gdzie wkrótce nasze czerwone głowy rozsiały się wzdłuż całego wybrzeża. Byliśmy jednym z klanów, których nie osłabiły najazdy na Anglię za Jakuba IV Stuarta – zbyt obawialiśmy się anglikanów z ich pochodniami, by wysuwać się przed szereg. Mimo to wstydziliśmy się wraz z resztą kraju za klęskę pod Flodden Field. Pod Jakubem V ukończyliśmy budowę sztucznej wyspy na Loch Ness – historia i geografia mówią, że człowiek z epoki żelaza stworzył na Loch Nis jedną tylko wyspę, Cherry Island. Historia i geografia się mylą. Za Marii I Stuart, gorliwej katoliczki, okazało się, że to katolicy są większym niż anglikanie zagrożeniem. Okryliśmy więc wyspę magiczną mgłą, zniknęliśmy za barierą a wody wokół naszej crannog zmąciliśmy zaklęciami na kolejne wieki. Wymazaliśmy się przy pomocy magii z wszelkich kronik, map oraz spisów. Bezpieczni na jednym z najszerszych odcinków jeziora, dokładnie między niewielką miejscowością Whitefield a Drumnadrochit, z pięknym widokiem na zamek Urquhart, przestaliśmy śledzić politykę. Umknęliśmy w czas – najkrwawsze plony łowców czarownic rozpoczęły się w 1590, zakończyć się miały dopiero wiek później, gdy nasza crannog, wielka dzięki magii, stała się już stałym, spokojnym domem dla naszego klanu oraz wielu magów uciekających przed śmiercią – nikogo nie odrzucaliśmy, czy był mugolakiem, czy ćwiartką, czy pełnej krwi jak my. Przyjmowaliśmy ich mugolskie rodziny, przyjaciół i ukochanych – wszystkich, którzy nie byli dla nas zagrożeniem. Nieszczęścia łączą ludzi. Odkąd tylko skończyliśmy budowę swojej twierdzy, naszego rodowego zamku otoczonego grubym murem na wypadek, gdyby jednak nas odkryto i zmuszeni byśmy byli do obrony, zajęliśmy się hodowlą abraksanów. Wiele rodów czystej krwi, jak się okazało, pragnęło podobnego stworzenia – są one w końcu niezwykłe i majestatyczne, i żyją dziko jedynie w naszej części świata. Dlatego udało nam się utrzymać naszą Mealladh, nasz zamek oraz miejscowość, która wyrosła u jego stóp. Nie jesteśmy wyjątkowo bogaci – nie można nas jednak nazwać klasą średnią, mo lass.
-Dlaczego to zawsze opowiadasz, tato?
-Jesteś córką naczelnika klanu, moja mała lass. Jedyną córeczką lairda klanu, którego nie zna historia, więc to my musimy pamiętać o przeszłości, inaczej znikniemy jakbyśmy nigdy nie istnieli.
-An nì a thig leis a’ghaoith, falbhaidh e leis an uisge?
-Dokładnie. Co przywiewa wiatr, z wodą odpływa. Oíche mhaith agus codladh sámh.
-Oíche mhaith.
Zgasło światło w dziecięcym pokoju.


-Chcesz nazwać ją „królowa demonów”?- laird uniósł brew patrząc na żonę, wciąż wyglądającą okropnie po porodzie, rozjaśnioną jednak szczęściem. Przytulała bladego noworodka wyglądającego jak kalafior – podobnie jak każdy noworodek – dla rodziców będącym jednak najpiękniejszym dzieckiem świata.
-Och, Morrigan to śliczne imię, czepiasz się.
-Ale i tak oznacza królową demonów.
-To twoje imię będzie znaczyło coś innego, mo leannan.
Mały zwyczaj, który zrodził się z niezgody przy wyborze imienia pierwszego z ich czwórki dzieci. Jedno z imion nadawała matka, drugie – ojciec.
-Dobrze... To może...- pogładził krótką, równo przystrzyżoną rudą brodę w zamyśleniu. -Catriona?
-Nie możemy dać jej innej wersji tego imienia? W tej wersji brzmi jak nazwa choroby zakaźnej- zaśmiała się słabo kobieta. -Może Catherine?
-Kochanie, ja się zgadzam na Morrigan, to ty zgodzisz się na Catrionę. Nie myśl nawet o sprzeciwianiu się swojemu lairdowi- wyszczerzył zęby.
Nawet mimo tego, że Catriona Morrigan była „wpadką przy pracy” małżeństwa, którego łączny wiek przekraczał ósmy krzyżyk, cieszyli się nią równie mocno jak wcześniejszymi, planowanymi dziećmi a może nawet i mocniej – dziewczynka po trójce synów stanowiła wesołą odmianę, promyczek słońca pośród coraz ciemniejszego świata otaczającego ostoję jaką była wyspa MacCance'ów.
Promyczek słońca, który sprowadził za sobą całkowite przejaśnienie – wieści o śmierci Voldemorta szybko dotarły i na wyspę pośród wód Loch Ness. Wbrew pozorom nie byli całkowicie odcięci od świata – prenumerowali pisma a gdy wśród mugoli popularny stał się internet – i oni go podłączyli, jedynie podsycając spiskowe teorie dotyczące tajemniczej natury jeziora, gdy wiele numerów IP wskazywało na środek Loch Ness. W towarzystwie trzech braci, zwierząt hodowlanych i zagrodowych, pośród lasków, pól, ogrodów – Catriona rosła na wesołe, trochę zbyt chłopięce, pełne energii stworzenie. Szybko zaczęła pragnąć niezależności, już jako dziewięciolatka niemal wymusiła na ojcu, którego oczkiem w głowie była, zgodę na samotne przejażdżki po Mealldah. Tydzień przed dziesiątymi urodzinami spotkała po raz pierwszy Nessie. Stworzenie zaintrygowało ją, ale jak to dziecko – szybko zapomniała. Zapomnienie nie trwało długo. Dostała od tatusia na urodziny książkę Newtona Scamandera – oryginalne wydanie „Fantastycznych zwierząt” z 1927 roku. I zaczęła połykać książkę w całości, oczywiście nie literalnie, bo dzieci przecież kochają zwierzątka – i dotarłszy do informacji o kelpie zaczęła mieć podejrzenia. Dziesięciolatka, którą posadzono na koniu po raz pierwszy tak dawno, że nawet tego nie pamiętała, wiedziała, że dziki koń nie zbliżyłby się sam z siebie, nie zaoferował przejażdżki. Ba! Zwykły koń nie mówił, jak więc mógłby coś zaoferować? Czarny koń nad wodą proszący, by na niego wsiąść – prawdziwy nuggle jak się patrzy!
Od tamtej pory częściej jeździła w miejsce, gdzie spotkała Nessie – ale wydarzenie nie powtórzyło się przez długi czas. Między spotkaniami dziewczynka zdążyła trafić do Hogwartu, gdzie została puchonką, i przeczytać „Fantastyczne” jeszcze pięć razy. W stajniach przy zamku urodziło się źrebię Clydesdale – ojciec podarował konika córce, gdy ta przyjechała na wakacje, chcąc, żeby opiekując się nim nauczyła się odpowiedzialności za żywe stworzenie. Najpierw wynajmowani stajenni po kryjomu, na życzenie pracodawcy, sprawdzali czy konik ma się dobrze. Zbytek troski. Cat kochała zwierzaki zbyt mocno, żeby jej źrebakowi czegoś zabrakło – wbrew pozorom nie brakowało jej odpowiedzialności.
Ciężko było nie nazwać Morrigan dzieckiem ciekawskim i sprytnym, pchającym nos we wszystko, co wydawało się ekscytujące. Przez „ekscytujące” rozumiała też często rzeczy nieco inne, niż powszechnie słowo to oznacza. Ekscytujące były niewidzialne dla niej do szesnastki testrale, ale i prześmiesznie wyglądające rogate ślimaki; ekscytowało ją pochodzenie bezoaru i ekscytująco-obrzydzał mózg leniwca. Ekscytowało powietrze szumiące w uszach podczas lekcji latania, ale też widok szczura zmieniającego się w czarkę. Była dobra z pewnych przedmiotów tylko dlatego, że chciała zobaczyć i poznać wszystkie interesujące rzeczy, jakie szkoła miała do zaoferowania. Żywiołowe stworzenie jej pokroju musiało, oczywiście, mieć problemy na zajęciach, których jedynym celem było obserwowanie i zapamiętywanie – dwa razy w czasie szkolnej kariery niemal nie zdała do następnej klasy przez historię a na zajęciach z astronomii zasypiała często, oparta o basztę na szczycie wieży. W ten sposób szkoła straciła przynajmniej jeden teleskop – zbyt gwałtownie obudzona Mori, podskoczywszy, potrąciła trójnóg na którym narzędzie było ustawione, przez co przechylił się on i ciężar teleskopu ściągnął go z wieży na ziemię u stóp zamku. Nie trzeba chyba mówić, że puchoni śmiali się z epickiego sposobu zniszczenia szkolnej własności przez kolejne dwa tygodnie, nie zwracając nawet uwagi na utratę punktów. Kiedy była starsza jedynie dwa razy zastanowiła się, dlaczego jej bracia, bez wyjątku, wylądowali w Gryffindorze a ona w Hufflepuffie – doszła szybko do wniosku, że im w sumie zależało na sprawach takich jak odwaga, poczucie jedności z przyjaciółmi. Jej zależało na rodzinie, na tym, żeby było wesoło i na każdym kolejnym spotkaniu z Nessie. Zbyt wiele miała w sobie z marzycielki i stworzenia zwyczajnie beztroskiego, by być materiałem na bohatera – a wszyscy chyba, zwłaszcza po ostatniej wojnie z Voldemortem, widzieli w Gryfonach potencjalnych herosów. Głowę Mori wypełniało słodkie powietrze, jeszcze słodsza ciekawość świata. Infantylizm trzymał się jej kurczowo, jak tonący chwyta śliskie kamienie.
Najstarszy z braci był starszy od niej lat trzynaście, drugi z kolei – lat dziesięć. Między nią a najmłodszym z braci było lat dziewięć. Dlatego też kiedy kończyła Hogwart miała już dwóch siostrzeńców – urocze bliźniaki najstarszego z braci, kolejne pokolenie w rodzie naczelnika klanu MacClance. Kolejni kandydaci na lairdów. W kolejce do pozycji była nawet za nimi, za dwoma słodkimi brzdącami mającymi po cztery latka. Hodowlą abraksanów oficjalnie zarządzał najmłodszy brat, także po ślubie, średni z nich został nauczycielem w Ilvermorny za oceanem. Najstarszy sprawował urząd lairda już od półtorej roku.
Pożar pochłonął poprzednika w wigilijną noc. Jak na lairda, opiekuna swojego ludu, przystało rzucił się w ogień żeby ratować ludzi. Zdążył wypchnąć z budynku ostatniego człowieka zanim zawalił się na niego strop. Jego bohaterską śmierć obserwowała w przerażeniu połowa klanu, która zebrała się by pomóc w gaszeniu ognia zaprószonego w domu jednej ze starszych, emerytowanych mieszkanek miasteczka, żwawej babuleńki organizującej święta dla tych, którzy mieli w nie być samotni. Zginął na oczach swoich synów, córki, żony, braci, kuzynów, sąsiadów, przyjaciół, znajomych. Wigilia nigdy już nie miała być taka sama. Matka zachorowała w niedługi czas po zakończeniu się świątecznej przerwy naznaczonej pogrzebem oraz ceremonią uhonorowania najstarszego z żyjących mężczyzn z rodu naczelnika klanu tytułem lairda. Zdawało się, że była jak kwiatek, któremu zabrano słońce – bez miłości swojego życia nie potrafiła już dalej żyć. Średni z braci nie mógł powrócić z USA na pogrzeb, który odbył się z początkiem siódmego roku nauki Cat.
Wszyscy spoważnieli. Nagle słodkie powietrze w głowie Mori przestało być słodkie. Ciekawość ekscytacji przerodziła się w żądzę wiedzy, która mogłaby zapełnić dziwną pustkę, która pojawiła się w sercu. Choć wstyd ujmować to w podobny sposób, to jej żałoba przełożyła się na świetne wyniki egzaminów końcowych. Czas leczy rany – pod koniec roku, pokaleczona stratą, Cat znów była wesoła choć już nie beztroska. Śmierć bliskich wyleczyła ją z infantylności, zaraziła porywczością – choć podobno kobiety w ich klanie często zaczynały pokazywać rogi dopiero około pełnoletniości. Przez rok, wraz z dwójką braci, zajmowała się rodzinnym majątkiem i sprawami klanu. Pomagała ludziom, opiekowała się siostrzeńcami i, jako najbardziej z rodzeństwa zainteresowana końmi, przejęła pieczę nad zamkowymi stajniami. Ale zimne, kamienne ściany bez śmiechu matki i pobłażliwości ojca zdawały się zimniejsze, niskie sufity zdawały się przytłaczać. Szkolni znajomi pouciekali na studia albo do pracy do dużych miast – zajęci swoimi życiami przestali w końcu pisać. Cat kochała swoich braci, oni kochali ją, ale dzieliła ich zbyt duża przepaść wiekowa. Poza tym dwóch z nich miało już ukochane osoby, partnerki życiowe, które zagarniały całą ich uwagę – wciąż ślicznie zakochani, gołąbkowali, spijali słodkie słówka z dziobków. Jeden z nich, za oceanem, był jedynie słowami na papierze.
W tamtym okresie życia miała tylko jedną przyjaciółkę, tylko jedno stworzenie pod słońcem, przy którym nie czuła się jak wyrwane z kontekstu słowo, pominięte niechcący podczas edycji tekstu. Zdawało się, że jeden przynajmniej z trójki braci miał podobne odczucia względem siostrzyczki – nazwał ją raz, gdy miał gorszy dzień, „darmozjadem”. Wybuchła kłótnia, która zaowocowała tygodniami morderczych spojrzeń i wzajemnym ignorowaniem się najmłodszej dwójki rodzeństwa. Wtedy, uparta, zdecydowała, że zdobędzie lepsze niż brat wykształcenie, że osiągnie więcej niż on. Wraz z przyjęciem jej na studia rozpoczęła się jej długa, cierpliwa zemsta osóbki wystarczająco upartej, by zasługiwała na własne nazwisko i kolor włosów.

Plany i ambicje


Catriona Morrigan MacCance zapragnęła poznać demony – opisać je, lepiej zrozumieć. Skoro czarodzieje nauczyli się hodować smoki, mogą nauczyć się ujarzmiać najbardziej nieprzewidywalne z nieprzewidywalnych stworzeń świata.
Catriona Morrigan MacCance pragnie też w końcu zacząć żyć tak, by być godną swojego nazwiska, godną córką własnego ojca. Chce, żeby starsi członkowie klanu, patrząc na nią i jej osiągnięcia, mówili: „Twoi rodzice byliby dumni.”.

Egzamin wstępny


Nessie trzymała za nią kciuki. Pęciny? Kopyta...? W każdym razie – pożyczyła jej szczęścia, gdy spotkały się tuż przed wyjazdem na egzaminy wstępne. Skoro miała błogosławieństwo demonicy musiała sobie poradzić. Nie było innej opcji – z tą myślą weszła na salę starając się nie zgnieść papierowej teczki w której miała dodatkowe materiały o kelpie. Chyba oczywistym było, że będzie mówiła o kelpie – przynajmniej oczywiste się to wydawało dla niej i Nessie. Bracia, ich kobiety, nawet mali bratankowie spodziewali się pewnie, że przedstawi przed komisją abrakasany. MacCance'owie przecież zajmują się hodowlą abrakasanów literalnie od wieków. Krótki wstęp – przywitanie, imię, kilka pytań. Catriona czuła się dość pewnie.
Odłożyła teczkę na stolik przy tablicy, wyciągnęła szkice przedstawiające Nessie, żeby nie pomylić się w czasie rysowania. Odetchnęła, ujmując kredę między palce prawej ręki.
-Innymi powszechnymi nazwami kelpie są nuggle i shopiltee. Kelpie występuje przy rzekach i jeziorach. Nie występuje nad zbiornikami słonowodnymi. Mugole w swoich wierzeniach mówią, że kelpie może poszukiwać pożywienia albo żony, nie jest to jednak prawdą. Wierzenie powstało prawdopodobnie przez opowieść z folkloru nazywającą się „Żona kelpie”- uniosła nieznacznie kąciki ust rysując znane sobie dobrze mądre, ale niepokojące w swoim blasku, oko. -Kelpie lubią straszyć konie tak, by zrzucały jeźdźców. Lubią też topić ludzi kąpiących się w ich zbiornikach przez wzburzenie spokojnej wody- przypomniała sobie własną historię o tym, jak Nessie przestraszyła jej kuca. Och, słodkie dzieciństwo. -Kelpie w postaci konia ma niemal identyczną jak koń budowę- zaczęła mówić, gdy wykańczała szkic łba. -Nie posiada jednak grzebienia szyjnego. W jego miejscu ciało zmienia się w sitowie, które imituje grzywę- rysowała dalej. Prowadziła kredę dalej, rysując kłąb i grzbiet. -Ma niską temperaturę ciała, ale mimo tego jest stworzeniem stałocieplnym. Poci się kleistą substancją, dlatego też potencjalna ofiara nie musi koniecznie na niego wsiadać. Wystarczy, że spróbuje pogłaskać kelpie i się przyklei, umożliwiając jej wciągnięcie się na dno. Po obróbce alchemicznej pot kelpie byłby świetnym, naturalnym klejem w pełni odpornym na działanie wody- dotarła do nasady ogona. -Podobnie jak nie posiadają grzebienia szyjnego, tak nie mają rzepa ogonowego. Ciało zmienia się w wiecheć sitowia, sitowie następnie zmienia się w kępy sklejonych włosów. W ludzkiej postaci ciało zmienia się w sitowie, następnie we włosy na tej samej zasadzie. Jest to bardzo widoczne, dlatego w ludzkiej postaci kelpie pokazuje się zazwyczaj tylko późnym wieczorem i nocą.
Musiała nabrać powietrza. Cisza egzaminatorów sprawiała, że pewność siebie zaczynała ją opuszczać a szkic był gotów dopiero w połowie. Dłoń zaczęła nieznacznie drżeć. Obejrzała się ukradkiem ponad ramieniem, co było złym pomysłem. Surowe twarze egzaminatorów tylko bardziej zestresowały dziewiętnastolatkę – niepotrzebnie na nich patrzyła.
-Kelpie potrafią wywołać sztorm i burzyć wody. Udomowione, byłyby świetną pomocą w ukrywaniu nienanoszalnych wysp i statków, których mugole nie powinni widzieć. Dzięki naturalnie niskiej temperaturze ciała i naturalnym przystosowaniu do życia w wilgotnym środowisku kelpie mogłyby służyć za wierzchowce w niskich temperaturach, które przeszkadzałyby innym stworzeniom, takim jak na przykład konie czy abrakasany, jednak rzadko bywają łagodne z natury, dlatego najlepszym wyjściem byłaby krzyżówka z koniem domowym- musiała na chwilę przerwać rysowanie, żeby spróbować uspokoić drżącą dłoń. Odetchnęła głębiej. -Kopyta, w przeciwieństwie do kopyt koni, są z tej samej co noga tkanki żywej. Naskórek jest bardzo gruby i twardy przez co skutecznie udaje kopyto. Przypuszczalnie nie jest unerwiony. Nie posiadają również kasztana, czyli tej twardej narośli na wewnętrznej stronie przedramienia, które występują u koni.
-Z jakich źródeł pani korzystała?- przerwała nagle prezentację kobieta z komisji. -Jest to wiedza wykraczająca poza podstawy wiedzy o kelpie, jakich uczy się w Hogwarcie, z tego co mi wiadomo- kobieta miała ciasno związane włosy i twarz przypominającą zestresowanej Cat dziób harpii.
-Ja... W pewnym sensie udomowiłam jeden okaz kelpie, płci żeńskiej, i przygotowując się do egzaminu przeprowadziłam kilka... No... Badań- odchrząknęła, wyłamując palce za plecami. Na Merlina, dlaczego ją pytają o rzeczy?
-Co ma pani na myśli mówiąc: w pewnym sensie?- surowa kobieta uniosła brew.
-Ekhm...- zażenowana podrapała się drżącym palcem po koniuszku nosa. -Nie nakładałam jej nigdy magicznego wędzidła, więc jest dalej dzika.
Egzaminatorzy zanotowali coś szybko, z wprawą osób, które nauczyły się na studiach notować w tempie błyskawicy. Cat stała, nieco ogłupiała, patrząc na egzaminatorów, zwrócona tyłem do swojego szkicu. Egzaminatorzy spojrzeli na nią, jakby wyczekująco.
-To wszystko?- spytał w końcu jeden z nich.
-Nie, nie, już mówię dalej- odpowiedziała szybko Cat. Odchrząknęła, odwracając się przodem do rysunku. -Kelpie są przydatne jako stworzenia ostrzegające swoim wyciem przed burzami. Praktycznie każde jezioro Szkocji ma historie, znane także pośród mugoli, związane z kelpie. W postaci ludziej nuggle- odchrząknęła, zdając sobie sprawdę z tego, że użyła potocznej nazwy. -Kelpie w ludzkiej postaci- poprawiła się -ma lekko sine zabarwienie skóry. Skóra jest bardzo jasna i cienka, dlatego barwią ją prześwitujące żyłki, które widać wyraźnie za uszami, na skroniach, nadgarstkach, w zgięciach łokcia, pod kolanami, w pachwinach i za kostkami. Włosy zazwyczaj są czarne i występują jedynie na głowie. Znane są opowieści o białych kelpie polujących we mgle, jednak nie zostały one potwierdzone.
Mówiła coraz wolniej, aż w końcu przestała. Powiedziała co miała do powiedzenia. Miała nadzieję, że tyle wystarczyło. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo blada jest ze stresu.

Rok I, Wydział Nauk Biomagicznych i Środowiskowych
umiejętność teleportacji



Ostatnio zmieniony przez Catriona MacCance dnia Wto Mar 07, 2017 12:47 pm, w całości zmieniany 3 razy

Catriona MacCance

avatar

avatar
Cytat : Love me like my demon does.

Gif :

Ranga : Jadam sernik z demonami.

Punkty doświadczenia : 26

Punkty Życia : 100

Wiek : 19

Krew : czysta

Narodowość : Szkocka

Pieniądze : 70g

Wydział Nauk Biomagicznych i Środowiskowych

Powrót do góry Go down

Re: Catriona Morrigan MacCance

Pisanie by Catriona MacCance on Wto Mar 07, 2017 12:24 am

Podanie o umiejętność rozmowy ze zwierzętami klasyfikowanymi jako demony

Mając prawie dziesięć lat Cat wybierała się sama na konne przejażdżki po wyspie – najbezpieczniejszym w końcu miejscu świata – na swoim kucyku rasy Highland. Pewnego słonecznego, chłodnego wciąż wczesną godziną, poranka, kuc zrzucił ją, czymś przerażony. Ona jednak zobaczyła jedynie czarnego konia z sitowiem wplątanym w grzywę. Dużego, bardzo dużego konia – większego niż największy z Clydesdale'ów jakiego widziała w przeciągu swego krótkiego wciąż, dziecięcego życia.
-Nuggle, wracaj!- krzyknęła za uciekającym kucem.
Ale nic to nie dało.
Ogromny koń rzucił na nią swój cień. Uniosła ku niemu piegowatą, dziecięcą buzię. Poczuła ciepłe powietrze na czole, kiedy koń zbliżył chrapy do jej włosów. Dziecko było łatwą ofiarą.
-Nazwała swojego kucyka Nuggle?
Koń zdawał się być rozbawiony i to rozbawiony czym innym niż niebieskie oczka sprawiające wrażenie, że wyskoczą zaraz z oczodołów, tak wybałuszone były ze zdziwienia.
-Ty mówisz?
Teraz to w mądrych oczach konia, lśniących lekko niepokojąco, czego dziecko nie potrafiło dostrzec, pojawiło się zdziwienie. Łatwa ofiara stała się interesującym obiektem.
-Rozumiesz, co powiedziałam?
-Tak...?
Koń lekko przekrzywił łeb, przyglądając się uważniej rudemu dziecku jednym okiem. Catriona nie zauważyła nawet, że sitowie nie wplątało się w jego grzywę a było grzywą samą w sobie. Klacz prychnęła, tak zwyczajnie, po końsku.
-Chodź, pomogę ci znaleźć Nuggle. Wsiądź na mnie i jej poszukamy- klacz przerwała w końcu przedłużającą się ciszę, powracając do pierwotnego planu.
-Mamusia powiedziała, że póki nie mam różdźki nie mogę jeździć na dużych konikach- dziewczynka, widocznie zmieszana, podrapała się po nosie.
-Mamusi tu nie ma. Nie dowie się.
-No.... Ale... Jesteś za duża! Nie dam rady na ciebie wsiąść.
-Położę się i na mnie wejdziesz- koń zwrócił się do niej bokiem, przyginając już przednie nogi.
Rozbrzmiało nagle cienkie rżenie spomiędzy drzew, nie tak daleko.
-To Nuggle!- zawołała dziewczynka. -Jest blisko, sama dam sobie radę!- ucieszyła się. -Może się jeszcze zobaczymy, cześć!- dodała jeszcze i pobiegła w kierunku z którego dobiegło jej uszu rżenie.
Nie poczuła na plecach zaintrygowanego, nieco głodnego, spojrzenia którym odprowadził ją duży czarny koń aż na skraj lasu, gdzie zniknęła, migając ostatni raz ognistą czupryną pełną loczków.

Była zdecydowanie wyższa. Miała odrobinę mniej krągłą buzię – widać, że powoli dążyła ku dorastaniu. Twarz zdobiło zdecydowanie mniej piegów, jakby spędziła w przeciągu ostatniego roku dużo mniej czasu na podwórku, niż spędzała go wcześniej kąpiąc się w słońcu i wietrze. Utrzymała się na kucyku – musiały poprawić się jej refleks i zdolności jeździeckie, tak zgrabnie wysiedziała przerażenie swojego Nuggle. Wielka czarna klacz z grzywą z sitowia przechyliła nieznacznie łeb, odprowadzając tę dwójkę zaciekawionym spojrzeniem. Dziecko musiało być nieświadome z czym ma do czynienia, skoro nie omijało tej części wybrzeża szerokim łukiem. Koń zamachnął się ogonem, odganiając końską muchę od swego demonicznego zadu. Dziewczynka obejrzała się, z całą pewnością się obejrzała – czyżby specjalnie jej szukała? Być może wciąż była szansa na świeże, dziecięce mięso? Rudzielec była zbyt ciekawska dla własnego bezpieczeństwa, co pozwalało żywić nadzieję.

-Uch, zimno- bąknęła dziewczynka rozcierając dłonie. Z ust uniósł się obłoczek pary.
Ostatnio widziała kelpie przed rozpoczęciem roku szkolnego i teraz, w czasie świątecznej przerwy, chciała zobaczyć ją znowu. Zakochała się w pięknie tego stworzenia i w fakcie, że jej nie zabiło, gdy miało okazję. Przeciwnie – kiedy spotkała ją po raz pierwszy kelpie była łagodna, wręcz delikatna. Teraz, wiedząc już jak niebezpiecznym zwierzęciem jest kelpie, na myśl o tym, że demon wodny wąchał jej włosy, gdy była nieświadomą niczego dziewięciolatką, ściskało się jej gardło. Mimo tego ciekawość i fascynacja ściągały ją z powrotem na wybrzeże. Przybyła tym razem pieszo. Internet był cudownym narzędziem w którym odnaleźć można było wiele. Mugole, nieświadomi własnej wiedzy, opisywali pewne stworzenia jako mityczne, zapewniając wiedzę – dzięki temu Cat zrozumiała, dlaczego Nuggle panikował. I dlaczego kelpie wydawała się rozbawiona, że Nuggle ma na imię Nuggle. W torbie miała kawał surowego mięsa, kupiony wcześniej u rzeźnika z nadzieją, że demon zadowoli się porządnym kawałem karkówki. Dziewczynka usiadła na kamieniu ze szkicownikiem. Uczyła się rysować z mugolskich książek instruktażowych i internetu. Skoro i tak czekała, mogła spożytkować czas na ćwiczenia – taki ładny widoczek się przed nią malował, że postanowiła spróbować przenieść go na papier.
Słońce zdążyło unieść się wysoko. Wilgotny chłód unosił się ponad jeziorem, leciał wraz z wiatrem wprost na dziewczynkę, wciskał się w oczy, nos, usta, przyprawiając tym samym o katar. Każdy intensywniejszy podmuch sprawiał, że w kącikach pojawiały się łzy. Poczuła nagle na uchu ciepły oddech. Kelpie była ciekawa – nie pachniała w ogóle jak koń, choć wyglądała niemal identycznie. Poruszała się bezgłośnie. Catriona spięła się, serce ominęło jedno z uderzeń, ręka drgnęła stawiając długą kreskę przecinającą szkic na skos. Kelpie zajrzała ponad ramieniem dziewczynki na rysunek zniszczony pojedynczą kreską na granicy ukończenia.
-Powinnaś jeszcze popracować nad umiejętnościami- stwierdziła w końcu kelpie, przerywając milczenie.
-Wiem, wiem- odpowiedziała Cat, czując, jak napięte mięśnie poluzowują się. Kelpie się do niej zakradła, ale nie próbowała zrobić jej krzywdy.
-Jak już będziesz dobra, to mnie narysujesz?
-Chętnie.
-W takim razie dzisiaj też puszczę cię wolno. Do trzech razy sztuka.
-To... Miłe?- zmieszana podrapała się po nosie. -W ogóle to coś dla ciebie mam.
-O?
Kelpie uniosła wysoko łeb, spojrzała z góry na dziewczynkę zamykającą notatnik, uśmiechniętą szeroko, jakby to ona miała dostać prezent. Grzebała w plecaku aż wyciągnęła szeleszczącą torebkę. Cat poczuła chrapy kelpie wąchające z zaciekawieniem reklamówkę. Rozerwała folię, rozchyliła papier, którym owinięty był kawał mięsa – na jego widok kelpie zajaśniały głodem oczy.
-Bierz, smacznego- kelpie spojrzała na nią nieco nieufnie, jednak w chwilę później chwyciła prędko ostrymi jak szpileczki kłami karkówkę, rzuciła w powietrze, po czym w jednym kęsie pochłonęła kąsek przyniesiony przez dwunastolatkę.
-Co to było?
-Karkówka.
-Nie, dziecko... Co to za zwierzę było?
-Świnia chyba- wzruszyła ramionami dziewczynka.
-Świnia? Mówiąc szczerze to smakuje trochę lepiej niż człowiek. Pogorszyliście się jakościowo na przestrzeni wieków.
Zobaczyła, jak ramiona dziewczynki znów spinają się, a blade i tak policzki stały się odrobinę bledsze. Gdyby końska fizjonomia jej na to pozwalała zaśmiałaby się. Naszła ją jednak myśl.
-Skoro przyszłaś z mięsem znaczy, że się domyśliłaś czym jestem. Dlaczego tu w takim razie jesteś? Jesteś głupia czy życie ci niemiłe?
-No przyszłam, bo jak cię spotkałam pierwszy raz to nie zrobiłaś mi krzywdy ani nic i mnie zainteresowałaś przez to no i mówisz.

Przerwa Wielkanocna sprowadziła dziewczynkę, już trzynastoletnią, z Hogwartu do domu. Od jakiegoś czasu każda wizyta w domu natomiast oznaczała próbę spotkania kelpie. Catriona cieszyła się, że dostała od ojca źrebaka, dlatego dopiero wieczorem wybrała się na kolejny spacer na niemalże drugi koniec wyspy, gdzie brzeg był plażą, nie klifem – wcześniej zajmowała się swoimi końmi. Musiała przecież nakarmić oba, wyczyścić, zapewnić zdrową porcję codziennego ruchu, żeby udowodnić tacie, że jest odpowiedzialna. Trzeci wieczór z rzędu nie zobaczyła kelpie. Wrzuciła do jeziora kawał mięsa, który ze sobą dla niej przyniosła.
Czwartego wieczoru jednak spotkała ją znowu.
-Ty przynosisz mi mięso przez ostatnie dni, prawda?
Jak zawsze pojawiła się bezgłośnie. Cat podskoczyła, zaskoczona. Obejrzała się na demona w końskim ciele i znów odniosła wrażenie, że kelpie ma w oku pobłażliwy błysk, jakby przywiązała się do tak rzadkich wizyt upierdliwego, zbyt ciekawskiego dla własnego dobra, dziecka. Skinęła głową w odpowiedzi. Koń położył się na piasku obok kamienia na którym siedziała dziewczynka.
-Masz jakieś imię?- przerwała ciszę Cat, zwracając się do kelpie.
-Odkąd pamiętam mówią na mnie Nessie albo, w pełnej wersji, potwór z Loch Ness.
-Super!- rozjaśniły się ekscytacją niebieskie tęczówki. -Ja jestem Catriona Morrigan.
-Morrigan?- Nessie spojrzała na nią, jakby rozbawiona. -Nieźle rodzice trafili, jak cię nazywali.
-Bo królowa demonów? Że jestem tobą taka zainteresowana, bo mam na imię Morrigan?- miała tylko trzynaście lat. Nie rozumiała, co Nessie ma na myśli. Koń zdawał się chcieć unieść brew.
-Nie. Trafili, bo umiesz ze mną rozmawiać.
Kelpie popatrzyła na buzię wciąż poznaczoną brakiem zrozumienia.
-Kelpie nie potrafią rozmawiać ludzkim głosem. To ty rozmawiasz językiem demonów.
Dziecko wybałuszyło oczy.
I pokochało swojego demona za uświadomienie jej w tak ważnej kwestii.
Od tamtej pory regularnie wrzucała kawałek karkówki albo pierś z kurczaka do wód Loch Nis – i śmiała się z siebie, porównując się do Lilo karmiącej rybkę Pandzię kanapkami z masłem orzechowym. Z równą regularnością chadzała na mały, odludny fragment plaży, gdzie coraz częściej spotykała Nessie. Rozmawiały często i równie często milczały razem, a ich cisza była miła. Catriona po raz pierwszy dotknęła Nessie w wakacje między piątą a szóstą klasą Hogwartu. Dłoń przykleiła się do ciała kelpie, która śmiała się z dziewczyny – zdradziła jej, że klej przestanie trzymać, kiedy całkowicie wyschnie. Podczas tych samych wakacji Cat pierwszy raz narysowała Nessie, która na przestrzeni lat stała się jej ulubioną modelką. Kiedy nieco znajomych wykruszyło się po śmierci ojca dziewczyny, to Nessie była obok. Niby demon, ale pozwoliła szesnastolatce, na zaśnieżonej plaży, wypłakać się we własną mokrą i zimną grzywę. Zdawało się, że kelpie potrzebowała towarzystwa – żyła przez wieki, samotna. A ten dzieciak z rudym kołtunem nie tylko zainteresował się nią. Dziewczynka przez lata szukała jej towarzystwa, nie bała się jej i, przede wszystkim, potrafiła z nią rozmawiać. Miło było w końcu otworzyć gębę do kogoś a nie na kogoś.

Następnym razem Catriona wypłakiwała oczy w grzywę Nessie mając już siedemnaście lat, na wakacjach. Z Nessie rozmawiała jako osiemnastolatka tuż po Owutemach, kiedy straciła jedyny konkretny cel, jaki miała – ukończenie szkoły.

-Morrigan- powiedziała kelpie zamiast przywitania.
Była jedynym stworzeniem tego świata, które używało drugiego imienia Cat.
-Cześć Nessie- rudowłosa panna nie podskakiwała już na głos kelpie, która, jak zawsze pojawiła się bezszelestnie, tuż za plecami. -Nic dziś dla ciebie nie mam, wybacz.
Ociekała po pływaniu wodą, siedząc wprost na piasku, patrzyła na słońce powolutku zaczynające chylić się ku horyzontowi. Nuggle pod postacią potężnej klaczy stała obok, również wpatrzyła się w niebo malujące się złotem i pomarańczem.
-Nic się nie stało. I tak nie jestem głodna.
Już od paru lat stwierdzenie „nie jestem głodna” nie robiło na Mori wrażenia.
-Turysta?- dziewczyna uniosła twarz tak, by widzieć towarzyszkę. Ta zaś potaknęła tylko skinieniem łba. -Chcesz popływać?- spytała po chwili ciszy, podnosząc się z piachu.
-Jak zawsze- koń zdawał się uśmiechać. -Ostatni w wodzie zgniła wątroba!- Nessie ruszyła wesoło z kopyta, zarzucając wiechciem sitowia, jakim była jej grzywa.
-Ej, jesteś pod postacią konia, to nie fair!- rzuciła się za nią Catriona, w biegu związując mokre włosy w koczek, żeby nie przeszkadzały w wodzie.
Oczywiście, że to Cat okazała się być zgniłą wątrobą – jak mogła wygrać z Nessie, mającą postać ogromnego konia? Niepełne dwie fule i była już w jeziorze. Pluskały się razem, chlapały wodą. Miłe chwile wytchnienia, zabawa z przyjaciółką. Nessie przytuliła się do Catriony tak, jak robią to konie – oparła łeb na jej ramieniu, Cat zarzuciła jej ręce na szyję. Ufały sobie wzajemnie, dziwna przyjaźń demona i dziewczynki.
-Już czas?- powiedziały naraz. Na raz skinęły głowami.
Z wody dziewczyna wspięła się na najwyższego konia, jakiego kiedykolwiek dosiadała. Pogalopowały brzegiem jeziora. I Nessie nie spróbowała nawet jej zjeść.
Za mało było na niej boczku.
Żart.
A może nie?

Catriona MacCance

avatar

avatar
Cytat : Love me like my demon does.

Gif :

Ranga : Jadam sernik z demonami.

Punkty doświadczenia : 26

Punkty Życia : 100

Wiek : 19

Krew : czysta

Narodowość : Szkocka

Pieniądze : 70g

Wydział Nauk Biomagicznych i Środowiskowych

Powrót do góry Go down

Re: Catriona Morrigan MacCance

Pisanie by Vuko Vánagandr on Wto Mar 07, 2017 2:19 pm


AKCEPTUJĘ!
• Teleportacja
• Umiejętność rozmowy ze zwierzętami klasyfikowanymi jako demony

_________________

E n h j ø n i n g e r n e bruger lægemidlet hver dag.




Vuko Vánagandr

avatar

avatar
Cytat : What do you do when there's no hero in your story? Simple. You kill the monster and crown yourself.

Gif :

Ranga : Big Bad Wolf

Punkty doświadczenia : 60

Punkty Życia : 100

Wiek : 24

Krew : Czysta

Narodowość : Islandia

Pieniądze : 36g

Pracownicy Uniwersytetu

Powrót do góry Go down

Re: Catriona Morrigan MacCance

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content



Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach