Pub pod pasącą się kozą

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Pub pod pasącą się kozą

Pisanie by Veneficium on Wto Paź 04, 2016 11:40 am

First topic message reminder :

Pozornie wyglądający na typową, podziemną i zadymioną spelunkę pub, może poszczycić się największym w miasteczku wyborem browarów własnego wyrobu. Chociaż ciężkie, drewniane stoły wymagają nie tylko renowacji ale też mycia a tarcze do rzutek od dawna bardziej przypominają durszlaki nie brakuje wielbicieli tego typu klimatów. Zwłaszcza, że wedle plotek można dostać tu spod lady towary, których nie wypada umieszczać w karcie...

GODZINY OTWARCIA:
Pon.: NIECZYNNE
Wt. - Nd.: 16:00 - 4.00



Cennik:

ALKOHOLE
Goblińska gardziel - 1 galeon, 6 sykli
Zestaw czterech 50ml shotów zawierających mieszankę whiskey i wódki. W każdym kieliszku pływa ziarenko pieprzu.

Łzy Vincenta - 1 galeon, 3 sykle
Wyciskają łzy nawet z największego twardziela mieszanka alkoholi niewiadomego pochodzenia. 80% napój podawany jest w czarnym, 20ml kieliszku i ma brunatny kolor.

Śpiew cyganki - 1 galeon, 2 sykle
Zdradziecki, złoty napój działający z niewielkim opóźnieniem. Podawany w wysokich szklankach ze słomką wzbudza nagłą potrzebę flirtu i miłosnych uniesień.


BROWARY
Ghula posoka: 9 sykli, 2 knuty
Mocne piwo o krwistoczerwonej barwie, żółtej pianie i wyczuwalnym podczas konsumpcji smaku lekko sfermentowanych truskawek.

Rogogoni stęk: 9 sykli, 2 knuty
Ciemne, gęste piwo o gorzkim, kawowym smaku. Posiada śladowe ilości zmielonych ziaren kakaowca.

Dziadzi skrzek: 5 sykli, 2 knuty
Jasne, niemal przeźroczyste i delikatne piwo o smaku lukrecji.

Krumak: 9 sykli, 2 knuty
Ciemne piwo o ostrym, pieprznym smaku.

Oddech nimfy: 6 sykli, 3 knuty
Zgniłozielone piwo o wyraźnym, ziołowym smaku.

Skrzyw: 7 sykli
Niesamowicie kwaśne piwo o cytrusowym smaku.

Złoty tłuczek: 7 sykli, 9 knutów
Jasne piwo, które pomimi swojego łagodnego smaku sponiewierało już nie jedną osobę.

Wszystkie piwa podawane są w 0,5l butelkach. Na życzenie klienta mogą zostać przelane do szklanek.


ZAGRYCHA
Gulasz z błotoryja: 11 sykli, 4 knuty
Mięsna potrawka podawana z grubą pajdą ciemnego chleba.

Gadzie języki: 9 sykli, 2 knuty
Duży półmisek mięsknych skrawków.

Flaki lub kapuśniak: 6 sykli
Flaki albo kapuśniak.

Tatar z kreta: 8 sykli, 1 knut
Tatar z ciemnego mięsa niewiadomego pochodzenia.


Do każdego stolika zwietrzałe paluszki GRATIS!



ZATRUDNIENI:
• wolne
• wolne
• wolne

Veneficium

avatar

avatar
Cytat : Jak wszędzie będziesz miał na skróty, to w końcu w ogóle przestaniesz chodzić.

Gif :

Ranga : Pan i Władca

Punkty doświadczenia :

Punkty Życia :

Wiek :

Krew : Najczystsza

Narodowość : Światowa

Pieniądze :

Admin

Powrót do góry Go down


Re: Pub pod pasącą się kozą

Pisanie by James La'Vaqlorie on Czw Kwi 20, 2017 11:56 am

Czy James chciał być absorbujący? Dobre pytanie, pewnie chciał. Gdzieś w głębi tego cichego wilka czaiły się duże pokłady pewności siebie i swego rodzaju dumy, a wiadomo, że takie rzeczy trzeba pielęgnować. Kiedyś bardzo lubił zwracać na siebie uwagę, lecz nie w ten krzykliwy sposób, w jaki robiła to większość osób pożądających zainteresowania. On wolał intrygować swoją tajemniczością i dawać do zrozumienia, że jest studnią bez dna.. i bez krzty skromności, ale o tym zapewne panicz Tomiczny jeszcze będzie miał okazję się przekonać. W końcu czekał ich długi i ciekawy wieczór. 
Holy krążyła gdzieś między bogatym towarzystwem zasiadającym w ten piątkowy wieczór Pod Pasącą się Kozą, które w miarę czasu stawało się coraz to bardziej pijane i nieokrzesane. Sam James nie zwracał uwagi na nic, co działo się dookoła, a jego wzrok był wbity w młodego, ciemnowłosego smoka siedzącego naprzeciwko, co sprawiło, że kelnerka coraz częściej wybierała drogę obok stolika, przy którym siedzieli, chcąc zwrócić na siebie wilczą uwagę. Można się domyślić, że wychodziło jej to co najmniej nieskutecznie.
La'Vaqlorie zauważył, że Colette niechętnie ciągnął rozmowę o klubie pojedynków i przez chwilę jedynie patrzył na niego swoim czujnym wzrokiem, jakby chciał odgadnąć dlaczego, jednak nawet jeżeli znalazł odpowiedź na to pytanie, nie podzielił się nią na głos. Uśmiechnął się niewesoło, wyginając raczej usta w grymasie, gdy chłopak spytał o pojedynki. Przez chwilę ociągał się z odpowiedzią. 
Uczyłem się w Uagadou i tamtejszy klub pojedynków nie był dla mnie szczególnie interesujący. Miałem inne rzeczy do roboty. 
Oczywiście, uczyłeś się jak być animagiem. 
Nie wiedział dlaczego o tym nie wspomniał na głos, może po to żeby zostawić sobie ten cień tajemnicy jeszcze przez pewien czas. Nie było jednak sensu ukrywać, że poza klubem pojedynków jest wiele innych sytuacji, które wymagają zmierzenia się z drugim czarodziejem, a Colette zdążył już odkryć na tyle duży rąbek temperamentu naszego profesora, żeby się domyślić, że okazji do takiego mierzenia sił magicznych w jego karierze nie brakowało. James przesunął ręką po brodzie, szukając w swojej pamięci odpowiednich wspomnień. Pewne rzeczy od razu przychodziły na myśl, jednak były to sytuacje, którymi mężczyzna zazwyczaj nie dzielił się z nikim. Podniósł wzrok na Coletta przez chwilę wahając się z decyzją. Jakiś wewnętrzny głos rozsądku podpowiadał mu, żeby stanowczo się teraz nie odzywać. Najlepiej odwrócić się i wyjść, bo ryzyko ujawnienia zbyt wielu rzeczy z każdą chwilą, w której poznawał bliżej Colette, było coraz większe. To jak czarna dziura zasysająca cię do wnętrza siebie coraz bardziej i bardziej. Jak się przekroczy pewną granicę, odwrotu już nie będzie. W jego głowie był jednak również drugi głosik. Cichy, zaborczy, zupełnie jakby należał do samego Tomicznego.
No weź, James, weź się w garść i otwórz trochę.
To się nie zdarzało, jednak mężczyzna postanowił posłuchać tego drugiego, a decyzja była namalowana na jego twarzy. Dał się wciągnąć do środka smoczej jamy.
Wziął łyka piwa, po czym zaczął mówić.
- Jest pewna wioska na północy Beninu, w której spędziłem dość sporo czasu.. – zaczął, a na jego ustach pojawił się lekki uśmiech. Miłe wspomnienia? Może, ciężko powiedzieć bo chwilę później uśmiech zniknął, zastępowany przez złośliwy grymas. – Nasze.. – urwał i zaraz się poprawił. – Tamtejsze tradycje są nieco inne niż tutejsze. Życie wygląda inaczej – ostatnie słowa wypowiedział jeszcze bardziej warkliwie niż zwykle, ale w jego głosie nie było niechęci. Co dziwne, dało się wyczuć nutę tęsknoty. 
– Nie ma tam zbyt wielu czarodziejów, a ci którzy mieszkają na stałe, stają się kimś w rodzaju szamana w swojej wiosce. W tamtej, w której ja mieszkałem, była pewna tradycja.. – Spojrzał na chłopaka z drapieżnym błyskiem w oku. Nikt inny nie opowiadałby takiej historii w ten sposób. Jamesa nie odrzucały realia tamtego prymitywnego świata. Wręcz przeciwnie, wspominał to w jakiś pieszczotliwy sposób, który był przy tym lekko przerażający. – Nie mogło być dwóch szamanów w tej wiosce, a odejście bez pojedynku nie wchodziło w grę. Na pewno nie dla mnie.
Zawahał się chwilę.
Pytasz jak wyglądał mój najbardziej widowiskowy pojedynek? – Uśmiechnął się kącikiem ust i wzruszył ramionami, przysuwając znowu butelkę do ust. Pokręcił głową. – Powiem tylko, że tamtejszy szaman nie uznawał rozbrojenia przeciwnika jako satysfakcjonującego rozstrzygnięcia.
Nie powiedział nic więcej na ten temat. Było jasne, że stoczył wtedy pojedynek na śmierć i życie. Czy było to przerażające? W tym świecie, w którym teraz się znajdowali owszem. Tam jednak uznawano zupełnie inne wartości w życiu, a dni toczyły się innym rytmem niż tutaj, ludzie byli inni. James wbił swoje twarde spojrzenie w Colette.
Zadowolony? – spytał z lekkim uśmiechem. Było jasne, że przekroczona właśnie została pewna niewidzialna granica, zza której nie dało się już zawrócić. James nie bez powodu nie dzielił się na co dzień faktami ze swojego życia. Toczyło się ono nieco innymi drogami niż zazwyczaj biegnie jakakolwiek ścieżka.
James w swojej głowie odznaczył plusa za to, że Colette nie pogardził mugolskimi papierosami. Dziwne kryteria sympatii, co? Patrzył przez chwilę jak chłopak wypuszcza dym z ust.
- Do ciebie też pasują – odparł jedynie, a wracając do pytania o stratę czasu i papierosów wzruszył jedynie ramionami. – Ani jednego ani drugiego. Ale lepiej nie wypijaj mi piwa, bo będę gryzł.
Wyszczerzył się w uśmiechu, który był bardziej urokliwie drapieżny niż ostrzegawczy. Dobry zły przykład? Nie mógł ująć tego lepiej.
James zaciągnął się papierosem, po czym wypuszczając dym z ust zaciągał go jednocześnie z powrotem do nosa. Robił to całkiem nieświadomie, co jakiś czas, zupełnie jakby dym był tak przyjemnie gryzący, że chciałby poczuć go dwa razy.
Kiedy Colette wymieniał studenckie zabawy, James akurat brał łyka piwa i przy ostatniej z nich omal się nie zachłysnął.
Słoneczko? – spytał warkliwie z niedowierzaniem, po tym jak odkaszlnął parę razy. Spojrzał na ciemnowłosego z powątpiewaniem. – Z tego co wiem, na ten temat to trochę to przejebane, nawet jak na studentów – przyznał, ale w końcu wzruszył ramionami, jakby fakt, że sam aż tak daleko w grupowych zabawach nie zaszedł, wcale nie oznacza, że ma zamiar jakoś dramatycznie oceniać kogokolwiek innego. W głębi duszy czekał jednak na wielkie „Prima Aprilis”, po którym by mu mimo wszystko nieco ulżyło.
Starzejesz się.
Nigdy by nie pomyślał, że usłyszy od studenta coś, co go zaskoczy. Nie chcąc ciągnąć tematu słoneczka, skinął na przechodzącą gdzieś tam Holy, dając jej do zrozumienia, że poprosi jeszcze raz to samo. Był wdzięczny, że zrozumiała wszystko jak należy i od razu poszła za bar, zamiast podchodzić do stolika, co ewidentnie również chciała zrobić, jednak spojrzenie Jamesa ją powstrzymało. 
Patrzył na Colette, czekając aż ten wybierze sobie pytanie. Widział, że nie było to łatwe zadanie, zdecydować się między tyloma opcjami. Oj wyobrażał sobie ile pytań mógłby zadać chłopak i wbrew sobie czuł odrobinę ekscytacji z tego powodu.
Nie mógł się nie roześmiać lekko na wieść o trollu. A więc bez hardkorowych pytań na początek. No dobrze.
Parę razy – przyznał, jakby to nie było nic wielkiego. Zmarszczył czoło. – Może paręnaście. A były to różne rzeczy, ślimak, świnka wietnamka, żaby… najbrzydszy zawsze był golec. Jako profesor musiałem się powstrzymywać, ale jako doktorantowi zdarzało mi się to częściej. Wtedy potrafiłem trzymać studenta w innej postaci dopóty, dopóki z dziekanatu nie przyszedł do mnie list błagalny o odwrócenie zaklęcia. Czasem były to dwa dni, czasem trochę dłużej. 
Dopił ostatni łyk piwa, po czym wbił zamyślone spojrzenie w Colette, odstawiając pustą butelkę na bok. Była jego kolej i chociaż nie chciał zmarnować pytania, wiedział, że jest jeszcze zbyt mało pijany aby zadać te najciekawsze, które przychodziły mu do głowy.
Masz niewyparzony język – uznał w końcu bezceremonialnie. – Jaka była najbardziej odważna rzecz jaką powiedziałeś osobie teoretycznie wyżej postawionej niż Ty?
Rozejrzał się za popielniczką, ale żadnej nie było na stoliku. Wyciągnął różdżkę z wewnętrznej kieszeni kurtki, trzymając ostatki papierosa w ustach i wycelował w butelkę. Nie mógł mówić, więc użył zaklęcia niewerbalnego. 
Naturtium! 
Butelka skurczyła się i spłaszczyła, zmieniając w kształtną, całkiem elegancką szklaną popielniczkę, a etykieta piwa zmieniła się w ciekawe wzorki. Schował różdżkę, wyciągnął papierosa z ust i zgasił go w popielniczce.

James La'Vaqlorie

avatar

avatar
Cytat : Desire, I'm hungry

Gif : Big Bad Wolf

Ranga : Big Bad Wolf

Punkty doświadczenia : 75

Punkty Życia : 100

Wiek : 30

Krew : Czysta

Narodowość : Anglik

Pieniądze : 150G

Pracownicy Uniwersytetu

Powrót do góry Go down

Re: Pub pod pasącą się kozą

Pisanie by Colette Tomiczny on Nie Kwi 23, 2017 7:58 pm

Ta barmanka jakoś zdecydowanie za często wychodziła poza swój obszar pracy i cały czas kręciła się gdzieś w kadrze Tomicznego jak namolny paproch albo niedziałający piksel na ekranie telewizora – to niby nic takiego, ale jednak budziło wewnątrz ciche bulgotanie nie tyle irytacji co takiego zaniepokojonego zaciekawienia. Owszem ze stolika Pokerowców dochodziły co jakiś czas prośby o dolewki i nowe szoty, bo grający nie chcieli ruszyć zadów z ławki, ale kobiecina lawirowała po pubie jak dobrze opłacana kelnerka po sali restauracji Sir.Chairless sprawdzająca, czy na pewno wszystkim smakuje. No i mogła użyć zaklęć do przenoszenia, a jednak zawsze wybierała staromodne donoszenie zamówień, dodatkowo obierając nierzadko drogę chamsko na około, byle tylko przejść jak najbliżej stolika, który zajmował z profesorem. Colette był tylko młodym chłopakiem, ok? Młodość rządziła się swoimi własnymi prawami i jednym z tych praw było: Wodzenie wzrokiem za kobiecym tyłkiem. To było prawo, ok? Miał je i mógł z niego do woli korzystać. Do trzech minięć stolika był skupionym na rozmówcy dżentelmenem, ale za czwartym razem już obrócił się za barmanką – i jeśli ocenić bezczelność z jaką to zrobił według jakiejś skali to byłoby to: 6/10. Innymi słowy: było widać i nie nie zrobił tego „przypadkiem”. A wręcz z rozmysłem i kiedy na nowo się wyprostował gwizdnął cicho i na moment zakrył sobie tego paszczyla piwem. Faktycznie ten łyk był już łagodniejszy. No i zrobiło mu się nieco goręcej. Zapewne właśnie przez piwo. Odstawił je więc ze stuknięciem na blat i zsunął z ramion ramoneskę, odkładając ją na bok i zostając w samej czarnej koszuli.
- Coś mi się wydaje, że masz szansę na coś więcej dzisiejszego wieczoru niż piwo ze mną. - Puścił mężczyźnie oko, podwijając sobie rękawy koszuli aż pod łokcie. Miał oczywiście na myśli tę krążącą barmankę. Pamiętał ten uroczy obrazek sprzed kilkunastu minut – a może sprzed godziny? Przestał zwracać uwagę na upływ czasu – kiedy brodacz oddzielony od grzejącej się na niego łani grubym barem, umilał sobie najpewniej czas rozmową, czekając na drugiego drapieżnika. Łania chyba nie przestała się grzać, ale na jej nieszczęście drapieżnik grał niedostępnego i pozamykanego na kilka spustów w wysokiej, odrapanej, drewnianej wieży. Pilnowanej przez smoka.
- Co może być bardziej interesujące od wybijania sobie zębów i łamania kości? - zagaił nieomal zawiedziony, już myśląc, że nie usłyszy żadnej ciekawej historyjki. Było jednak nieco inaczej, Colette tam nie potrafił stwierdzić czy gorzej, bo trasa jego myśli nagle rozbiła się po równo w dwie strony, jakby na swej drodze napotkała przeszkodę nie do pokonania i wolała ją... Objechać. I teraz Polak rozpaczliwie próbował wykalkulować którą stroną podążyć jako pierwszą - no przecież się nie rozdwoi! Zainteresowały go dwie sprawy: uczęszczanie szkoły w Uagadou i tajemnicze „inne rzeczy”. - To ta szkoła w... Afryce? Spodziewałem się, że jej uczniowie są bardziej... Czarni. - parsknął, kiedy już poddał się nie chcąc się silić na szukanie w tej chwili bardziej politycznie poprawnego określenia. Nie sądził, żeby było specjalnie potrzebne. - Przepraszam. Żeby nie było: nie jestem rasistą. Nawet jeśli pochodzę z przypuszczalnie najbardziej rasistowskiego kraju w Europie. Muszę przyznać, że od czasu uzyskania tej informacji wionie od ciebie jeszcze większą egzotycznością.
Nie można było powiedzieć, że profesor go wcześniej nie zaskakiwał, ale tym razem był to nieco cięższy, choć nadal przyjemny kaliber. Wcześniej jakoś automatycznie, bez specjalnej refleksji przyporządkował mężczyznę najpierw do Hogwartu ze względu na imię, a potem bo Beauxbatons ze względu na nazwisko. No ewentualnie jeszcze do Ilvermorny. A teraz pochłonęło go wyobrażenie Jamesa w szkole, której ściany miały rzekomo barwę piasku, gdzie słońce wypalało z ludzi resztki wody i człowieczeństwa, ubranego w przypuszczalnie zwiewną szatę, nie dopuszczającą do ugotowania się wewnątrz warstw materiału... I to robiącego tam jeszcze jakieś tajemnicze „inne rzeczy”. Aż na moment Colette zgubnie wdepnął w to błoto przemyśleń i wespół z dźwiękami, irytującą barmanką i tłumem innych klientów pubu zniknęła dla niego również potrzeba picia piwa. Pozostał tylko kufel, na którego grubym szkle palce studenta wybijały powolny, bezdźwięczny rytm. Dwukolorowe ślepia gada wpatrywały się w siedzącego naprzeciwko rozmówcę, ale jakoś tak niewidząco. Albo jakby nagle oślepły i nie potrafiły zogniskować się na niczym konkretnym, albo prześwietlały skórę, mięśnie i kości, całą żywą tkankę, by sięgnąć materii dużo trudniejszej do wydobycia. I robiły to z ciężką do zignorowania przyjemnością.
Może faktycznie to był jego głos?
Kiedy mężczyzna przybrał ton bajarza, chłopak bezwiednie oderwał się od oparcia ławki i pochylił głębiej nad stołem, jakby jego ciało chciało bardzo widocznie przekazać, że jego właściciel właśnie skupia się i zamóżdża w stu procentach. Przypomniał sobie nawet o piwie – tak na okres dwóch łyków, by pozostawić ciecz na poziomie około dwóch centymetrów ponad dnem. Już bez pianki. Rozgotowane smakowało okropnie, na tę chwilę jednak nie miał Col wystarczająco wolnego miejsca pod kopułą głowy, by olśnił go pomysł zamówienia drugiego. Tego pożądanego od pierwszego łyka, ziołowego, z reklam obiecującego smakować jak rosa zebrana z piersi jakiejś nimfy. Nie, w tej chwili był myślami gdzieś na północy Beninu - gdziekolwiek by się ten Benin nie znajdował - gdzie ściany wszystkich domów mają kolor piasku, a zamiast czarodziejów są ludzie zwani „szamanami”. A człowiek, który postanowił go tam na chwile, lub chwil kilka, wprowadzić, brzmiał tak jakby najchętniej z powrotem tam wrócił – tęskna nuta balansowała na granicy słyszalności i prawie-prawie zagłuszyła inny dźwięk. Kliknięcie i chrobot tarcia starego metalu o stary metal – dźwięk ten w dziwny sposób przypominał chrapliwy śmiech, ale oznaczał coś zupełnie innego.
Gdzieś tam otwierała się właśnie pewna furtka.
Było na górze coś wspomniane o cięższym kalibrze? No to obecnie  James postanowił wytoczyć armatę. I to po zgrabnym łuku szerzej otwartych powiek studenta. To była dopiero informacja - mężczyzna pomiędzy wierszami, ale bardzo czytelnie, przyznawał się do zabójstwa. I to w pojedynku w miejscu z dala od świata, do którego znudzeni cywilizacją,  bogaci turyści jechali, by zobaczyć jak żyje się tam, gdzie czas od wieków płynie wolniej, a życie jest prostsze. I konkretniejsze. Ziemia za mała dla nas dwóch, huh?
Chłopak dłuższą chwilę milczał, pozwalając mężczyźnie upajać się wrażeniem, jakie wywarł. Albo może zasiewając w nim nieco niepewności? Albo wyrzutów sumienia? Jakaś zmarszczka niepokoju wymalowała się w kąciku ciemnych oczu profesora? Coś, cokolwiek?
Brunet spuścił wzrok na swoje piwo. Patrząc na wygazowaną żółtą ciecz, ogrzaną już w dłoniach i ciepłym od pijanych oddechów wnętrzu pubu, doszedł do wniosku, że to koniec jego przygody z tym piwem. Ale jeszcze nie koniec z Jamesem. Podniósł więc głowę i oparł się niemal nonszalancko o blat stołu.
- Więc skoro po tym wszystkim jesteś tutaj, to znaczy, że stracili dobrego szamana.
To chyba była znieczulica – tam w tym delikatnym uśmiechu. Żyli w świecie w którym śmierć była wszędzie: w grach, książkach, fotografiach, filmach, radiu, wiadomościach... Było jej tak dużo, że w końcu coś pękło i przestawała już robić takie wrażenie. Pewnie głównie dlatego, że dla większości odbiorców ta śmierć działa się gdzieś daleko od nich, komu innemu, inni ludzie też – nieznani jemu – cierpieli po stracie. Został tylko suchy fakt i cyfry. Nad głową Jamesa La'Vaqlorie unosiła się cyfra: jeden. A przynajmniej na razie. Nieco inaczej sprawa ta wyglądała, kiedy stawało się twarzą w twarz z człowiekiem, który sam życie odebrał. I to w walce, która była kompletnie niepotrzebna, tak samo jak śmierć w świetle prawa wielkich państw pierwszego świata, ale w pełni legalna i zrozumiała w świecie Beninu. James nie zrobił więc nic złego. I nie wyglądał jakby żałował.
- A ty? Jesteś zadowolony? - odparł szybciej niż pomyślał, obejmując coraz cieplejszy kufel obojgiem dłoni. Ton jego głosu nie brzmiał oskarżycielsko, nadal był tak samo swobodny jak wcześniej, choć nieco mniej żartobliwy – nawet czarny humor Tomicznego miał gdzieś swoje granice. Nie zamierzał tego ani pochwalać, ani ganić, w obecnej chwili, zapewne lata po tym procederze, to nie miało już najmniejszego sensu. A poza tym nie o to chodziło w jego pytaniu, by rozmówce jakkolwiek oceniał. Sapnął więc tylko głośniej i parsknął. - No, strzelasz z bata coraz lepiej, tym razem końcówka świsnęła mi obok ucha. Uważaj, żebyś przy następnym razie nie naciął mi skóry. Strasznie się babrze i długo zrasta.
Owszem, granica została przekroczona i to z pozostawieniem głębokich żłobień w ziemi. Ale Colette się nie bał, nie był dla Jamesa żadnym zagrożeniem, a  poza tym znajdowali się w wiosce pełnej szamanów, gdzie wybrano koegzystencje ponad współzawodnictwo. Pozostało więc piwo i gryzący gardło dym mugolskich papierosów. W obecnej chwili Colette był wdzięczny temu kopczykowi siarki złapanemu w papierek, że swoim ostrym oddechem przeczyścił jego zalepione flegmą ogłupienia struny głosowe i zamglony szokiem umysł. Wszystko zostało wywietrzone – znowu nie było Beninu, krwi na ścianie domu koloru piasku, ani palącego słońca, ale ciepłe wnętrze pubu gdzieś na wiecznie deszczowej i wilgotnej, ale cudownej Islandii. I było brodate puzderko pełne mrocznych tajemnic, sączące swoje piwo. Nic się w nim szczególnie nie zmieniło, może poza tym, że wydawało się być głębsze.
Col nie mógł się powstrzymać przed cichym śmiechem, który niejako stłumił umieszczony między wargami papieros.
- Na razie nie będę wypijał. Poczekam aż zamówisz coś lepszego.
Bardzo dobry zły przykład. Mordował ludzi, którzy zabierali mu bezpieczną strefę życiową. Dwa razy przepuszczał ten sam mach dymu przez organizm, jakby chciał go podwójnie zgnoić – więcej substancji smolistych w płucach i te sprawy. I brzydził się seksualnymi orgiami. Zwłaszcza tymi, które pojawiały się rzekomo w podstawówce. Colette uśmiechnął się na jego reakcję szeroko, z satysfakcją.
- A ty, ty, zboczuszku, nie musiałem ci nawet tłumaczyć o co chodzi. Czyżby opowiadali wam o kretyńskich zabawach uczniów na kursie dla pedagogów? Czy może ta niepoparta dowodami legenda dotarła aż do Beninu? - zagaił, a z jego wyszczerzu dało się jednoznacznie wyczytać, że to był debilny i niewybredny żart. Wraz z przekroczeniem granic moralnych Colette postanowił przekroczyć granice nazewnictw. Jeszcze dzisiaj w południe nie nazwałby brodatego wilczura „zboczuszkiem”. I czuł, że nawet jeśli za to pusty kufel skończy na jego głowie, to było warto. Zdaje się, że testowali siebie nawzajem, ale na własne sposoby.
- Owszem przejebane. Oczywiście to był taki żarcik-kosmonaucik, ale nie dam głowy, że ktoś nie próbował. Nie wiem, mnie nie zaprosili. - To mówiąc wyginął usta w podkówkę i poprawił się na krześle. Jak ziemia długa i szeroka wiadomym było, że studentów stać było na wszystko. A już tym bardziej na zaskakiwanie profesorów.
Dopiero kiedy James skinął głową na nieustannie krążącą jak bąk kobietę, Colette opamiętał się, że sam siedzi o suchym, zapieprzonym pysku od dobrych kilku minut – albo godziny. Przestał liczyć czas. No i znowu miał wrażenie, że zrobiło mu się cieplej. Sam spojrzał smętnie na swój kufel. Nie miał ochoty na „drugi raz to samo”, a nie zamierzał wrzeszczeć do barmanki przez całą salę jak jakiś troglodyta. Wolał wstać i kulturalnie zamówić przy barze, ale najpierw ciekawiła go odpowiedź na zadane pytanie jeszcze niskiego kalibru. Ucieszył go powrót do swobodnych, na swój sposób wybuchowych – w wesołym znaczeniu – reakcji belfra.
- Parę razy?! - Aktorsko udał szok. - Na Melina, kto mnie w tej budzie uczy?! Zapchleni doktoranci, myślą, że są nie wiadomo kim, a potem zamieniają cie w jakiegoś łysego golca z przerośniętymi zębami. Fuj – zaburczał nieco chowając głowę pomiędzy ramionami. Zdradzały go drgające kąciki ust. - I potem co? Zostawiałeś ich w klasie, na pastwę reszty grupy czy zanurzałeś w przepastnej kieszeni płaszcza i nosiłeś ze sobą jak łyse trofeum? - dopytał o cholernie ważną sprawę. Po czym postanowił przedstawić krótką scenkę rodzajową i wymodulował swój głos na to, by brzmiał na niższy i starszy. - Oh, Jamesie, jak ty to robisz, że nie masz żadnych niegrzecznych studentów? - Po tym zmienił głos na zachrypnięty, jak najbardziej podobny do tego, który miał jego teraźniejszy rozmówca. - Oh, ależ mam, Richardzie. W mojej kieszeni. Hohoho. - Zakończył klepiąc się jedna dłonią po kieszeni spodni. - Wszyscy śmiali się i dokazywali.
Utkwił spojrzenie w Jamesie, oczekując co najmniej jednoosobowych, gromkich owacji na stojąco za ten aktorski popis. Albo przynajmniej zamówienia trzeciego piwa, bo przez tego suchara, to które barmanka nalewała w tej chwili musiało całkowicie wyschnąć. No i zdążył wcześniej wymyślić piłeczkę, którą odbił w ich wspólnej zabawie.
- Zadamy sobie jeszcze po jednym pytaniu i przejdziemy do szotów, co? Bo czuje, że przy takim tempie rozmowy muszę utrzymać odpowiedni stan upojenia, a samo piwo mi go nie da. Nawet takie smaku soli. - Uśmiechnął się uroczo i pochylił się nad stołem nieco głębiej. - Tooo... Fantastyczne pytanie, Panie La' Vaqlorie, ale będzie Pan musiał uzbroić się w cierpliwość w oczekiwaniu na odpowiedz, bo idę po drugie piwo. - wymruczał nie mal zalotnie i podniósł się od stolika, wymijając go i przechodząc sprężystym, zadowolonym krokiem przez głośną salę, by akurat dopaść do Pani Holy, kiedy ta skończyła zalewać ostatni kufel, który to odstawiła na tacę obok trzech innych. Zamawiał u niej właśnie „Oddech nimfy”, uprzejmie pytając, czy mogłaby go donieść do stolika, a kobieta wlepiała w niego dziwaczne spojrzenie. Jej wcześniejszy nerwowy uśmiech nieco zelżał, cała mimika stężała i można by pomyśleć w pierwszej chwili, że barmanka ma chłopakowi za złe, że ten tak bezczelnie pożarł całą atencję jej sekretnego kochanka, ale jej brwi się nie zmarszczyły, a oczy – nagle zamglone czymś na wzór przyjemności - nie ciskały gromów. Policzki kobiety pokryły się różowawym rumieńcem, wargi uwydatniły, stanęła bardziej prosto i zmrużyła śliczne oczy. Colette zdawał się tej próby zwrócenia uwagi w ogóle nie zauważać, zbyt zajęty wskazywaniem kciukiem na tył sali, by mniej więcej pokazać gdzie siedzi. By sprawdzić, czy się nie pomylił, obrócił się i spojrzał na Jamesa, po czym na nowo zwrócił w stronę kobieciny. I wtedy ta nie wytrzymała. Wyrwała się do przodu jak urodzona tygrysica i ponad barem chwyciła studenta za policzki, po czym mocno przyciągnęła do gorącego pocałunku.
Głównie takie rzeczy się nie zdarzały.
Głównie Colette jakoś nad tym panował.
Dzisiaj chyba się zapomniał. A może to, to piwo...? A może James? A może Maybelline?
Fakt taktem, właśnie zrobiło się nieswojo i chłopak prawie jeżąc włosy na karku zdołał szybko oderwać się od kobiety i pijanym krokiem wrócić do stolika. Usiadł szybko na rogu ławki i rękawem koszuli starł większość śladów kobiecej szminki z ust. Tuż po tym porwał swoją ramoneskę z ławki oraz po krótkim namyśle jeszcze dwa kawałki mięsa z półmiska.
- Zapłaćmy i chodźmy stąd gdzieś indziej – zaproponował na granicy błagania. W kąciku ust miał jeszcze wściekle czerwony ślad po Holy. Nerwowo wsunął pomiędzy wargi papierosa i zaciągnął się nim szybko.

_________________
Come closer.

Colette Tomiczny

avatar

avatar
Cytat : I am a GREAT MAN and one day If you are very lucky I might even be a GOOD ONE.

Gif :

Ranga : Smok Katedralny

Punkty doświadczenia : 34

Punkty Życia : 100

Wiek : 19 lat

Krew : Czysta

Narodowość : Polak

Pieniądze : 78 G

Wydział Magii Eksperymentalnej i Katedra Magicznego Sportu

Powrót do góry Go down

Re: Pub pod pasącą się kozą

Pisanie by James La'Vaqlorie on Pon Kwi 24, 2017 8:17 pm

James podczas swoich wypraw do Zasiedmiogórogrodu, przywykł do tego, że kelnerki Pod Pasącą się Kozą chodzą, a raczej starają się chodzić, niczym modelki na wybiegu. Magia magią, ale stare dobre metody zarobku były nieśmiertelne. Cuchnący papierosami i tanim piwem pokerzyści zdecydowanie chętniej ulegali namowom ładnych dziewcząt i kupowali kolejne butelki, drinki czy szoty. Zgrabne uda, wystający tyłek i głęboki dekolt biły na głowy nawet najlepszą perswazję, a klientom dawały bardzo niebezpieczne poczucie uzyskania jakiegoś nieokreślonego bliżej sukcesu. Zupełnie jakby byli drapieżcami, na których kelnerka właśnie się pokusiła, a  wciąż nie widzieli, że tak właściwie to ona upolowała dodatkowe piwa do rachunku i napiwek do kieszeni. 
Gdy Colette zasugerował uzyskanie profitów z tego wieczoru, La'Vaqlorie uśmiechnął się, pokazując zęby niczym rozbawiony wilk. 
- Taki spostrzegawczy jesteś? 
Można by pomyśleć, że sobie z niego szydzi, w jego głosie jednak nie było ani krzty negatywnej emocji, która by to sugerowała. Pokręcił głową, urywając temat bez rozstrzygnięcia, chociaż w głowie miał zdecydowane "Nie. Nie dzisiaj." Tej nocy liczył na inne rozrywkowe profity. Dlatego tylko spojrzał krótko za Holy, a jego oczy nie wyrażały niczego więcej poza zwyczajną obojętnością. Tak, tak, ta brodata księżniczka zamknęła się w wieży wraz ze swoim smokiem i nie miała ochoty wychodzić. 
Mimo wszystko James się roześmiał gdy usłyszał komentarz o byciu za mało czarnym jak na studenta Uagadou. Sam miał bardzo tolerancyjne podejście do odmiennych od siebie ludzi. Gwoli ścisłości i na przekór temu co stwierdził Tomiczny, utożsamiał się on bardziej z ludźmi czarnymi niż białymi, mimo że koloryt skóry mówił co innego. Wciąż jednak pozostawał zdystansowany do wszelkich żartów czy opinii i nie łatwo dawał się urazić bądź zniechęcić. Szczególnie, że od Colette wcale nie dało się odczuć słowiańskiego rasizmu i James czuł, że chłopak ma dość podobne podejście do tego, które sam wyznawał. Mieć swoje zdanie, nie czepiać się innych, a jak przekroczą wyznaczoną przez ciebie granicę, przypierdolić. 
- Tylko łajzy czepiają się śmiesznych żartów - warknął z rozbawieniem w ramach przyjęcia przeprosin ciemnowłosego. Gdy usłyszał o najbardziej rasistowskim pochodzeniu zmarszczył czoło, bo historycznie rzecz biorąc najbardziej pasowały mu Niemcy, jednak wiedział, że to niemożliwe, patrząc chociażby na urodę, akcent czy wcześniej wspomnianą słowiańską krew Tomicznego. Nie, nie domyślił się, że chodzi o Polskę. Ktoś w ogóle wie gdzie leży Polska??
Gdy usłyszał o byciu egzotycznym kącik ust drgnął mu lekko, a w oczach pojawił się cwany hipnotyzujący błysk, zupełnie jakby na potwierdzenie słów Colette. 
- Kiedyś byłem bardziej opalony - odparł z rozbawieniem. Chwilę się zastanowił, jak gdyby wspomnienia faktycznie nieco go omamiły. Gdy się znowu odezwał, jego głos był już bardziej poważny. 
- Afryka jest mi bliższa niż Europa - przyznał. - Uagadou było jedyne w swoim rodzaju. Nie ma takiego drugiego miejsca na świecie, równie pięknego i bezlitosnego jednocześnie..
Czyżby nostalgia wkradła się do Twojego umysłu, James? 
Spojrzał na Colette, a jego oczy na całą opowieść pozostawały zaćmione wspomnieniami, jakby sam przeniósł się w te dawne czasy. W końcu również usłyszał dźwięk otwieranej furtki. Zabawne było to, że wcale nie żałował przekręcenia jej kluczyka. Czy bał się reakcji studenta na takie, niby ukryte, a jednak wyjątkowo jasne wyznanie? Nie przeszło mu to przez myśl, chociaż mięśnie na karku miał spięte, niczym wilk gotowy do skoku. Odezwała się tutaj jego natura lekkoducha, który nie przejmował się konsekwencjami i był ogólnie rzecz biorąc nieodpowiedzialny, przy pozostającej jednak czujności na bliżej nieokreślone okoliczności. Czy myślał, że Colette zacznie rzucać w niego oskarżeniami? Raczej nie, no bo cóż w tym złego, że profesor przyznał się do morderstwa? (hehe) W tamtym świecie faktycznie nie było to nic niezwykłego. Czy było zgodne z przepisami to już inna sprawa. Może było, może nie, kto tam pilnował jakiegokolwiek prawa? Oni jednak znajdowali się w Europie i tutaj sprawy miały się zupełnie inaczej, nawet jeżeli profesor nie dał po sobie poznać żeby go to teraz przejmowało. Można powiedzieć, że postawił wszystko na jedną kartę, a teraz patrzył na reakcję drugiego gracza. Czy będzie miał jaja żeby pozostać w grze do samego końca?
Egzotyczny to było bardzo delikatne, ale w gruncie rzeczy trafne określenie, na to jaki był James La'Vaqlorie. Zaczynało być widać, że nie myślał on kategoriami ludzi przeciętnych i nie miało to nic wspólnego ze znieczulicą, którą wykazywał się Colette. Raczej wiązało się z dzikością, którą nabył w tamtej surowej krainie pełnej piasku i słońca.
- Dobrego? - powtórzył jego słowa o nim jako szamanie, zmieniając je w nieco wątpliwe pytanie, po czym znowu przechylił lekko głowę na bok w swoim wilczurowatym geście zaciekawienia. Spojrzał na ciemnowłosego swoim przenikliwym wzrokiem, którego intencje były ciężkie do odgadnięcia. Ciekaw jestem co sprawiło, że masz o mnie tak dobre zdanie, Colette. Nawet teraz. - Uniósł lekko brwi. - Każdego profesora, który pójdzie z tobą na piwo darzysz takim zaufaniem, czy po prostu lubisz pchać się w paszczę wilka? 
Lwa. Powinno być w paszczę lwa, ty debilu. A chuj tam, może się nie domyśli. 
Brzmiało niebezpiecznie i może właśnie tak miało brzmieć. Jak ostrzeżenie. Młody Colette mógł nie do końca zdawać sobie sprawę z tego, w co się pakuje decydując się na zgłębienie osoby Jamesa. Nikt go nie ostrzegł przed jego przeszłością, przy której ciężkie testy z transmutacji, czy rzucanie zaklęć na studentów, to była dziecinna zabawa. 
Jesteś zadowolony?
James tylko mruknął pod nosem z lekkim uśmiechem, dając popis swojej tendencji do unikania odpowiedzi w sposób perfidnie bezczelny. Mogło to oznaczać zarówno "tak", jak i cokolwiek innego. Niewyartykułowane pomruki były w pewnym sensie jego wizytówką. Zresztą, to Colette odpowiedział pytaniem na pytanie. 
Ale tak, był zadowolony. Cholernie zadowolony, bo księżniczka w zabawie dźgnęła smoka w oko, a ten wcale nie odleciał, ani nie zionął w nią ogniem. Pił dalej grzecznie swoje piwo, może nie jak gdyby nigdy nic, jednak wciąż w miarę spokojnie.
Komentarz o strzelaniu z bicza nieco rozluźnił atmosferę. Miał rację. Nie był dla Jamesa zagrożeniem, ale fakt, że tak bardzo go zaintrygował wcale też nie wróżył mu dobrze. Nie łatwo było uciec wilkowi, a ten konkretny potrafił chodzić po drzewach. 
- Czyżby słowiańska krew zawrzała za sprawą tego pieprzowego piwa? - spytał z lekkim, cwanym uśmiechem, który przyjmował to być może wcale nie rzucone wyzwanie. - Rozumiem, że coś lepszego oznacza coś mocniejszego. Niech tak będzie.
Pozostawił tę groźbę wiszącą w powietrzu.
Oj tam od razu brzydził się orgiami. Roześmiał się na żarty Colette cicho jednocześnie kręcąc głową, po czym wbił drapieżne spojrzenie w rozmówcę. 
- Zdziwiłbyś co opowiadają na kursach dla pedagogów. Nie wiem czy jakakolwiek legenda z Beninu jest w stanie dorównać kreatywności młodych ludzi pod wpływem magicznych grzybów. 
Pozwolił trwać tej chwili rozbawienia przez moment. Po kolejnych wytłumaczeniach Colette, na jego twarzy błąkał się uśmiech, który był jednak powstrzymywany próbą pozostania poważnym, gdy wypowiadał następne słowa.
- Widzisz, ja kiedyś też byłem studentem, ale przyznam się, że z takiego zaproszenia nigdy nie skorzystałem. Możliwe, że powinienem tego żałować, ale chyba nie jestem dobry w grach grupowych. - W jego oczach widać było rozbawienie, gdzieś głębiej jednak czaiła się ta znajoma drapieżna iskierka. - Jestem zbyt terytorialny żeby być w stanie dzielić się z innymi. 
Jego otwartość była zaskakująca, a co więcej, nie można było jej zrzucić na upojenie alkoholowe, bo nie był to jeszcze ten etap wieczoru. Jedyny winny temu stanowi siedział po drugiej stronie stołu, z bezczelnie pewną siebie miną, jak na studenta żartującego beztrosko z profesorem przystało.
James nie musiał długo czekać na swoje piwo, które Holy postawiła przed nim, po czym machinalnie odwróciła się posyłając jedynie podłużne spojrzenie Colettowi i odmaszerowała w stronę baru. Mężczyzna grzecznie podziękował... nie. Raczej skinął głową bezgłośnie, co nawet nie zostało zauważone, jednak nie miało to znaczenia, bo dziewczyna ewidentnie była obrażona wcześniejszym brakiem zainteresowania. Zabawne jak to zawsze widać w sposobie ich poruszania się, kiedy zgrabne kocie ruchy, zastępowane są tupiącym złością, sztywnym chodem. 
James nie miał jej tego ani trochę za złe. Sięgnął po butelkę i wypił szybkie trzy łyki unosząc jedynie brwi na słowa Colette odnośnie zapchlonych doktorantów. Już miał mówić, że wyprasza sobie, bo w swojej wilczej karierze ani razu pcheł nie miał, ale się powstrzymał. Mimo to miał przez chwilę urażony wyraz twarzy, który nie zmienił się w trakcie insynuacji studenta, nie licząc lekkiego drgania kącika ust w słabo powstrzymywanym uśmiechu, który koniec końców psuł efekt groźnej miny. W końcu parsknął i na chwilę schował twarz w dłoniach, a jedynie po ramionach było widać, że wciąż się lekko śmieje. Przesunął dłońmi po głowie, przeczesując włosy. 
- Powinieneś pomyśleć o kółku teatralnym zamiast klubu pojedynków. A co do golców w kieszeniach, to by było obrzydliwe. - Na jego ustach pojawił się grymas. - Widziałeś kiedyś takie stworzenie na oczy? Nadaje się tylko do tego żeby spuścić je w kiblu. 
Przez chwilę uśmiechał się lekko, jakby sugerował, ze właśnie to robił z uczniami, w końcu jednak spoważniał w jednej chwili. 
- Żartuje. Najgorsze co zrobiłem to zamknąłem golca-studenta w szufladzie biurka i zapomniałem o nim aż do następnych zajęć dwa dni później. - Wzruszył ramionami dając do zrozumienia, że takie rzeczy się po prostu zdarzają. 
Skinął głową, gdy Colette poszedł do baru i zajął się swoim piwem, a jego ręka bezwiednie powędrowała do kieszeni kurtki po papierosa, odpaliła go i wsunęła do ust, nie pytając o zgodę. Zabawne bo rozmowa z Tomicznym na tyle skutecznie odciągała jego uwagę od ukrytego nałogu, że wystarczył moment jego nieobecności, żeby umysł zaczął domagać się uwielbionej nikotyny. Na uczelni starał się aż tyle nie palić, jednak w takich miejscach jak ten pub, brakowało mu argumentów przeciw.
Zaciągał się właśnie po raz kolejny fajkiem, gdy Colette wrócił, nie dość, że bez piwa to jeszcze z lekkim przerażeniem wymalowanym na twarzy. James zmarszczył czoło, a jego wzrok powędrował do słabo ukrywanego czerwonego śladu szminki na kształtnych wargach chłopaka. Wiedział do czego były zdolne tutejsze dziewczyny, więc nie musiał się specjalnie pytać do czego doszło. 
- Dała ci oddychać chociaż? - spytał z rozbawieniem wypuszczając dym z ust. Uniósł brwi na jego prośbę, próbując nie zwracać uwagi na to, że palił drugiego już papierosa, w momencie, w którym Colette nie dokończył jeszcze pierwszego. 
Może to faktycznie nałóg, tak, jak zawsze powtarzała babunia?
- Wyglądasz jakbyś został zmolestowany. Było aż tak źle? - spytał, niemal ze współczuciem w głosie. W końcu pokręcił głową. - Aż tak łatwo przychodzi ci łamanie zasad, Tomiczny? No przecież nie mogę dać ci sobie wejść na głowę. - Jego mrukliwy głos był diabelsko urokliwy w tym całym droczeniu się. - Najpierw odpowiedz na moje pytanie, ja dopije piwo, potem pójdziemy. Stoi?

James La'Vaqlorie

avatar

avatar
Cytat : Desire, I'm hungry

Gif : Big Bad Wolf

Ranga : Big Bad Wolf

Punkty doświadczenia : 75

Punkty Życia : 100

Wiek : 30

Krew : Czysta

Narodowość : Anglik

Pieniądze : 150G

Pracownicy Uniwersytetu

Powrót do góry Go down

Re: Pub pod pasącą się kozą

Pisanie by Colette Tomiczny on Pią Maj 05, 2017 1:22 pm

Widząc wilczy uśmiech wykwitający na poczciwie niebezpiecznej twarzy profesora (do prawdy znał go ledwie kilka godzin, a już w jakiś dziwny sposób zaczynał się przyzwyczajać do wszystkiego, co było związane z tym imponującym człowiekiem), sam pozwolił by w ton jego głosu wkradło się nieco zdrożności.
- Ciężko jest nie zauważyć. Wciąż czekam na moment, w którym zdecyduje się usiąść na stole i zastąpić sobą wszelkie przekąski dostępne w menu, w końcu nic tak nie rozpala mężczyzn... - zrobił efektowną pauzę, by poruszyć dwa razy brwiami. - Jak desperacja.
Smok nie był zazdrosny. Starał się nie być. Nie był. Był wcześniej. Odrobinkę. W obecnej chwili jednak w konkurencji o uwagę i serce brodatej księżniczki nawet wściekła szafka była na lepszym miejscu niż Miss Piwa. To pewnie przez to szlachetne drewno, z którego została zrobiona. Albo przez celność w rzucaniu książkami... Niemniej w tej chwili spokojny gad mógł owinąć się wielkim cielskiem dookoła bajkowej wieży - wyglądem bardziej przypominającej tyczkę niż architektoniczny wyrób, który obiecywał ustać dłużej niż kilka minut oraz trzymał jedynie na ślinę i słowo honoru Pana Inżyniera – i pocieszyć swoją niezachwianą pozycją. Taki był terytorialny, skurczybyk.
I jeszcze z wyczuciem! A przynajmniej Col podejrzewał, że jest osobnikiem ostrożnym (dlatego siedzi przy piwie z profesorem) oraz pełnym wyczucia (dlatego nazywał kumpli ze szkoły powyższego: „czarnymi”), albo że trafił na człowieka, który mało co bierze naprawę do siebie. I tak długo jak nie postanowi się najechać na niego gąsienicą ciężkiego czołgu, to można było liczyć na charakterystyczny, chrapliwy śmiech. A przynajmniej Colette udawało się po omacku odnajdywać właściwe słowa... I gesty, hehe. Wracając jednak do samej materii mocnego zderzenia wyglądu Jamesa z wyobrażeniem typowego ucznia Uagadou: problem nie leżał już nawet w kolorycie jego skóry, ani nawet w specyficznym zachowaniu (wyglądał na człowieka, który swoje odstał pod jarzmem rygorystycznych reguł, ale nie był to ślad po twardych i nieustępliwych, zimnych zasadach szkoły Rosyjskiej albo sztywnym, beznamiętnym i służbistym regulaminie szkoły Skandynawskiej - rygor Uagadou wpasowywałby się w tę lukę idealnie), ta „egzotyczność” tkwiła raczej w fakcie, że swoim dwuletnim studenckim życiu Colette nie poznał nikogo z tej szkoły. Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy: większość dzieciaków stamtąd po prostu nie było stać na luksus studiowania, kończyli naukę podstawową i zapewne zwykle dawali sobie radę tylko z nią. Albo nie dawali. A teraz jeszcze kiedy James napomknął coś o utrzymanym w tamtych stronach kulcie szamanizmu, to sprawa wydawała się jeszcze bardziej przesądzona. Chyba ważne było tylko jedno: Trzeba było stać się użytecznym najszybciej jak było to możliwe, bez kolekcjonowania kolejnych tytułów naukowych.
Tak przynajmniej myślał sobie w swojej małej główce Tomiczny, który najdalej na wakacjach był... Na mazurach. Światowy człowiek, nie ma co. Czy zamierzał wypytywać Jamesa odnośnie szkoły? Tak, zapewne tak, tylko idiota nie skorzystałby z kopalni wiedzy na wyciągniecie ręki, która sama potrafiła chętnie odłupać sobie kawałek z cennych zbiorów i dać mu do potrzymania i obejrzenia ze wszystkich stron. Nadal nie były to królewskie klejnoty, ale hej(!) jak na pierwszy dzień, to naprawdę sporo! Ale czy Col zamierzał to robić dzisiaj? Teraz? Nie, chyba nie. Może później. Może na drugim wyjściu... Może w drugim życiu. Bo już czuł, że po tej nocy niechwalebnie umrze i rano będzie musiał z głową w kiblu powstać jak feniks z popiołów.
- Chciałbym zobaczyć kiedyś twoje zdjęcia z tamtych czasów. - Wyszczerzył się, choć jeszcze nie pierdolnęło go w głowę poczucie, że nie powinien był mieć takich nagłych życzeń wobec humorzastego dżina. Ale jak mógłby się powstrzymywać, skoro usłyszał, że belfer jeszcze nie szczególnie dawno temu mógł wyglądać jak asf... Nie, chyba jednak wolał pominąć ten niewinny acz nieprzystojny żarcik, nawet w swojej głowie. Z legilimencją nigdy nic nie wiadomo, a wilcze oczy Jamesa zdawały się jej jak na złość nie potrzebować.
Każdy uczeń mówił o swojej szkole tak jakby była ona najlepsza, pewnie głównie dlatego, że spędził w niej najbardziej pozbawione trosk lata życia i był z nią nierozerwalnie związany górą pozytywnych wspomnień – tych niepozytywnych pewnie też, ale czarodziej uczy się tylko na klęskach i porażkach, zwycięstwa są jedynie przeżyciem oraz nagrodą. Takie pieszczotliwe dbanie o dobre imię placówki, która miała mocny wkład w wychowanie absolwentów, było słabością każdego czarodzieja, pewnie dlatego Colette nijak nie skomentował charakterystycznej więzi, która łączyła jego rozmówcę z kontynentem, które było na drugim miejscu w rankingu (zaraz po Australii) terytoriów, na których absolutnie wszystko próbuje człowieka złamać albo zabić. Cenniejsze od prób dyskutowania o tym temacie było pochłanianie sensacji wizualnych wraz z ostatnimi łyczkami piwa pieprzowego – kiedy czarne oczy barwy czekoladowych pralin zasnuwały się posypką wspomnień i jednoznacznie pokazywały, że rozmówca bezczelnie odłożył kufel, wstał od stołu i bez butów wybrał na krótki spacer po rozgrzanym piasku. Tam gdzie się znalazł zapewne był środek dnia, słońce sprawiało, że krople potu perliły się na czole i lepiły włosy do policzków, spierzchnięte usta nie przestawały nieprzyjemnie mrowić nawet po setnym łyku wody tak zimnej, że zdawała się zamrażać przełyk od środka. Pięknie i bezlitośnie.
- Tak, dobrego. Skoro pokonałeś poprzednika i wróciłeś żywy – odparł zaskakująco szybko, delikatnie wzruszając ramionami z subtelnym uśmiechem. - Chyba, że zacząłeś rozpatrywać to słowo nieco inaczej. Twojego dobra pod względem moralnym bałbym się analizować nawet po stu latach znajomości, wolę żebyś nawet roku sto pierwszym nadal mógł mnie czymś zaskoczyć. Odwdzięczę się tym samym. - Czy to już była niemoralna propozycja...? Nie, chyba jednak mnie. - Po prostu nie czuje żebyś był zainteresowany gadem w swojej diecie. Bywam wyjątkowo ciężkostrawny. No i jestem prostym człowiekiem, tak długo jak nie zrobisz czegoś, co mogłoby postawić twoją wartość pod znakiem zapytania, to sam tego za ciebie nie zrobię. Nie wiem, nie chcę, na razie cie nie znam możesz się jedynie wydawać albo sprawiać wrażenie, ale sądzę, że obaj jedziemy na tym samym wozie: może z nas dwóch to ja porywam niewinnych, młodych mężczyzn i wypruwam im flaki w garażu? Co sprawia, że jeszcze tu ze mną siedzisz, co? Takim jestem zabawnym muppetem? - Ponaciskał niewinnie, faktycznie nie zauważając tej zmienionej wersji popularnego powiedzonka. Chyba jednak nie przykładał aż tak mocnej uwagi do detali. Tak jak zwykle nie zauważał jakiś drastycznych zmian fryzur albo stylów ubierania u swoich znajomych i zwykle obrywał za bycie „obojętnym i niewzruszonym”. Lubił się wtedy wygodnie ukrywać za tarczą rzekomej ignorancji, skrojoną tylko dla mężczyzn.
- Więc jak podkradnę ci  do picia coś mocniejszego, to najpierw trzepniesz mnie procentami, a potem kłami? Może od tak „ku przestrodze dla innych”? ...kuszące. - Colette kiedyś zginie. I będzie to śmierć imponująca, bolesna i pełna efektów specjalnych. I wybuchów.
- Wow, nie wierzę! - podbił z aktorskim zdumieniem, kiedy James zmienionym tonem, sekretnie przyznał się, że też był kiedyś w wieku Colette i – co lepsze! - uczył się w tej samej placówce wyższej! - To wstrząsająca informacja, bo niektórzy pedagodzy zachowują się tak, jakby urodzili się mając trzydzieści lat, omni-wiedzę i zdanie innych w dupie. - Zastukał palcami o ściankę pustego kufla. Potrzebował więcej napoju, ale póki co nie dawał rady odlepić zadu od ławki i to bynajmniej nie przez trzęsące się nogi. Póki co nie czuł się nawet delikatnie wstawiony, gardło zamiast drętwieć od alkoholu lekko go paliło jak po grillu u wujka Janusza, który swoje kubki smakowe lubił przepalać na zmianę zamarynowanymi w tabasco kiełbami i boczkiem z musztardą sarepską. - Ponoć już przy trójkątach ktoś jest pokrzywdzony, nawet nie chce sobie wyobrażać natłoku emocji przy bardziej skomplikowanych figurach geometrycznych. - Zrobił się po tych słowach aż rozbrajająco szczery i w końcu uśmiechnął się w ten zadziorny sposób, przez który jego sznyta na policzku ułożyła się w charakterystyczny dołeczek. - Na Merlina, nie nie powstrzymam się do tego żartu, choć wiem, jak cienką granicę przekraczam. Po prostu muszę – zaanonsował godnie nadciągającego dzikiego suchara, wbijając pilne spojrzenie dwukolorowych oczu w swoją przyszłą ofiarę. - Jaka jest twoja ulubiona pozycja? - efektowna pauza, czemużby nie? - Bo moja to płacz nago na podłodze w łazience.
Śmianie się ze swoich żartów nie uchodziło za jakoś specjalnie profesjonalne. Zwłaszcza tak głośne. Zwłaszcza jak komediant kończył z czołem opartym o drewniany blat, czerwony jak pomidor, a jego grzbiet co kilka chwil wstrząsały spazmy rozbawienia.
W tym czasie James dostał swoje piwo a rumiany student mógł unormować oddech i zreflektować się, że za każdym razem kiedy myślał, że osiągnęli już szczyt otwartości dzisiejszego wieczoru, któryś z nich zdecydował się zrobić jeszcze krok dalej. I jeszcze, i jeszcze. I już nawet obrażone tupanie barmanki nie ściągało na siebie uwagi Colette zanurzającego w coraz lepszym humorze.
Gdzie tu było niebezpieczeństwo niby...? Jedynie żartami mogliby pozabijać siebie nawzajem. Albo zasuszyć.
Colette w sumie jakiś czas rozpatrywał kółko teatralne, ale sądził, że jest w swoim życiu zbyt zajęty, żeby jeszcze uczyć się kwestii i powtarzać w kółko scenki. Niby mógłby zacząć rozważać występy gościnne, zwłaszcza tak dopingowany przez profesora transmutacji, gdyby tylko nie był zajęty szukaniem gdzieś skrytej resztki tlenu wewnątrz gorących, kobiecych ust. Zabrzmiało obscenicznie i podniecająco? Nie powinno, bo dusił się do cholery! A na dodatek został mu na wargach i języku ten nieprzyjemny, śliski posmak szminki, którą ścierał z siebie nawet chwil kilka, odkąd tylko wrócił na ławkę przed Jamesem. Bez piwa. I teraz bezskutecznie starał się zetrzeć z warg smak kobiety, ostrym posmakiem papierosa, którym zaciągał się bardziej nerwowo i pospiesznie niż wcześniej.
- No właśnie nie! Zadusiłaby mnie, a byś nawet nie zareagował! - fuknął ze słabym rozbawieniem, opierając się przedramionami o stół. Starał się nie uciekać wzrokiem w stronę baru. Z cholerną ulgą przyjął, że James zachowuje się normalnie, ale mężczyźni zwykle nie dawali się omamić tak łatwo. A przynajmniej nie osobnikom własnej płci. - Źle nie... Ale lubię mieć jednak jakiś udział w rytuale zalotów, wiesz samczy instynkt zdobywcy czy coś... Nie jest fajnie, kiedy jest za łatwo. A tu już nawet nie dostałem jedzenia na złotej tacy, ale wsmarowano mi je w twarz. - Zatrzepał głową na boki. - Chcę łamać zasady i karki. I twoje wcześniejsze postanowienia. - Wyciągnął papierosa z ust i strzepnął spaloną część do popielniczki palcem pukając w grube szkło jego kufla. - Jak na przykład nieopijanie twoich zdobyczy. Podzielisz się teraz? Nie chce tam wracać, bo następnym razem wrócę bez spodni... - ...albo dziewictwa. Ciężko było stwierdzić, czego utrata bolałaby go bardziej.
- Stoi. - chrząknął i z sykiem zgasił resztkę papierosa. - Okej, odpowiedź na pytanie będzie jednocześnie jedną z najbardziej żenujących rzeczy jak dotąd w moim studenckim dorobku na Veneficium. Zapewne kojarzysz Profesora Sharva, prawa? No więc ze względu na jego fizyczną formę zacząłem się swego czasu ze znajomym zastanawiać jak on się do cholery kąpie? Znaczy no na pewno korzysta z prysznica jakiegoś i potem się wytrzepuje, albo ewentualnie wyciera o coś, ale samą woda się na pewno nie myje! No i rozważania przeszły kiedyś na to czy on się przypadkiem tarza w jakimś mydle czy coś...? Tak, wiem, banda kretynów z nas, niemniej przechodząc do meritum: podczas sesji zimowej przeceniłem swoje umiejętności z transmutacji eksperymentalnej, że nie zdałem egzaminu u niego, a miało być bez poprawek. Byłem tak zdruzgotany i tak cholernie zdesperowany, że poszedłem do niego po zajęciach i powiedziałem... - Tu spojrzał Jamesowi głęboko w oczy. Zalotnie. Poddańczo. Wręcz psio. - „Błagam, niech mi Pan pozwoli poprawić. Będę wcierał w Pana szampon na zaliczenie.”
Ze stolika pokerzystów dobiegł krzyk jakiegoś zwycięscy.
- Okazało się, że nie skończyłem ze śladem zębów na przedramieniu, albo papierkiem informującym o tym, że mogę się już pakować. On wydawał się rozbawiony i powiedział, że mam drugi termin jutro, ale mam kupić dobry szampon, bo nie lubi jak go szczypie w oczy.
Odchylił się do tyłu z zadowolonym uśmiechem. Oczywiście skończyło się bez wcierania, ale pozwolił by James sam dokończył sobie w głowie tę historię.
- Mam do ciebie drugie i ostatnie pytanie, potem będą już tylko wyzwania: Czy zadurzyłeś się kiedyś z kimś, w kim definitywnie nie powinieneś?
Uuuu...

_________________
Come closer.

Colette Tomiczny

avatar

avatar
Cytat : I am a GREAT MAN and one day If you are very lucky I might even be a GOOD ONE.

Gif :

Ranga : Smok Katedralny

Punkty doświadczenia : 34

Punkty Życia : 100

Wiek : 19 lat

Krew : Czysta

Narodowość : Polak

Pieniądze : 78 G

Wydział Magii Eksperymentalnej i Katedra Magicznego Sportu

Powrót do góry Go down

Re: Pub pod pasącą się kozą

Pisanie by James La'Vaqlorie on Sob Maj 06, 2017 3:58 pm

Spotkanie profesora ze studentem od samego początku było dziwne i z każdą chwilą robiło się jeszcze dziwniejsze, gdyby tak stanąć z boku i na nie popatrzeć. A jednak, James nie widział tej niezwykłości samej sytuacji, być może zbyt zajęty niezwykłością swojego towarzysza. Nie miał w zwyczaju zwracać uwagi na dziwne szczegóły i tolerował dużo więcej odbiegnięć od normalności, niż przeciętny człowiek. Piwo ze studentem, zamieniło się w spotkanie z kimś, z kim warto było się spotkać i profesor już to wiedział, mimo że dopiero co wypił pierwsze piwo. 
Czy faktycznie desperacja podniecała Jamesa? Raczej nie, chociaż jedyne co dał po sobie poznać to krótki grymas na twarzy. W tej chwili wolał przekąski, niż Holy na stole. Jeszcze by mu zasłoniła tę parszywą gadzinę, która siedziała naprzeciwko i zabrała całą zabawę. Podobał mu się wyraz oczu młodzieńca, buńczuczny, pełen głupich (subiektywnie) pomysłów. Rozmowa z nim była niczym wchodzenie do smoczej jaskini. Ekscytacja związana z odkrywaniem jej kolejnych, pokręconych, ciemnych i ciasnych korytarzy była nie do opisania.
James zdecydowanie wolał te momenty, w których Colette mówił o sobie, aniżeli o nim, i chociaż starał się tego zanadto nie pokazywać, było to wymalowane na jego twarzy. Skryty wilczur, o przenikliwym spojrzeniu, które mogło wyłapać nawet najmniejszy ruch w niewłaściwą stronę, jednocześnie zasłaniające wszystko co znajdowało się w wilczej głowie. A jednak drapieżność tego osobnika w stosunku do Tomicznego, nabierała zdecydowanie bardziej ciekawskiego charakteru, jakby skupiał się na swojej ofierze w swój milczący zaintrygowany sposób. Nie pytał za dużo, nie drążył, głównie obserwował.
Na wieść o zdjęciach pokręcił głową z rozbawieniem, niekoniecznie zaprzeczając jakoby miał kiedykolwiek jakieś pokazać
- Może kiedyś zobaczysz. - Był to tryb przypuszczający, mimo że mógłby zabrzmieć niczym obietnica. No bo czemu by nie. - Byłem wtedy bardziej przystojny i mniej brodaty. 
James wcale nie uważał, że uczelnia w Uagadou była lepsza od każdej innej, chociaż biorąc pod uwagę poziom i jakość edukacji, nie miał wątpliwości, że wypadałaby w rankingu bez żadnych zarzutów. Jego sympatia była, mimo wszystko, czysto subiektywna i nie narzucał jej nikomu, nawet Tomicznemu w tej chwili, w której mówił o urokach Afryki i samej uczelni. Jemu tamto miejsce skradło kawałek chłodnego serca, swoją surową naturą i dzikością. Wpisał się w tamtejszy klimat, zupełnie jakby został on dla niego stworzony. 
Nie wiedział do końca czego oczekiwał opowiadając historię z szamanem. Chyba nie przemyślał tego wyznania, albo zwyczajnie jego duma nie pozwoliła mu na uniknięcie niewygodnego pytania od ciemnowłosego, przez co jak zwykle najpierw powiedział, a później pomyślał co tak naprawdę powiedział. Nie bał się przeszłości, a na pewno nie tej, którą spędził w Afryce. Gdy jednak usłyszał o aspekcie dobra, musiał przyznać, że dał się złapać za język w sposób, na który nie był gotowy. Myślał, że zakwestionuje pewność Colette odnośnie jego umiejętności magicznych, gdy jednak została wspomniana jego moralność, zbiło go to z tropu, co odzwierciedliło się nieco w jego oczach. Nie chciał, a jednak uciekł wzrokiem na bok, słuchając jak chłopak zgrabnie brnie przez poruszoną kwestię. Chwila jednak minęła, a James wewnętrznie dał sobie kopa w tyłek i żeby odwrócić zarówno swoją jak i studencką uwagę od tematu, skupił się na jednym słowie, które zabrzmiało na tyle dziwnie, że zdołał je wyłapać. 
- Gadem? - spojrzał na niego, a jego oczy były niczym zasłonięte kurtyną. Nie było wiadomo co się za nimi kryje, uniesione brwi jednak zdradzały zaciekawienie. - Nie wyglądasz mi na gekona. 
Bądźmy szczerzy, temat moralności za bardzo go dotykał, dlatego też zgrabnie go zakończył pomrukiem, który mógł świadczyć, że wilk raczej wątpił w mordercze zdolności Colette, ale przyznawał, że wszystko było możliwe. Jak młodzieniec stwierdził na początku, kwestionowanie dobra Jamesa było mało bezpiecznym zabiegiem. Na szczęście mężczyzna w popisowy sposób był w stanie obejść temat, mało zgrabnie i dość perfidnie, ale ważne że skutecznie, przynajmniej w jego mniemaniu. 
Szybko też podłapał zmianę tematu i gdy Colette spytał, ni mniej ni więcej, czy gryzie, uśmiechnął się pokazując zęby. Nie było to celowe wyszczerzenie się, czasami po prostu tak mu to wychodziło. 
- Przestroga dla jakich "innych", Colette? - Znowu podkreślił jego imię drapieżnie pieszczotliwą nutą. - Jesteś tylko ty i ja. Cokolwiek ci dzisiaj zrobię, nikt inny się o tym nie dowie.
Można się jedynie domyślać co to oznaczało.
Na kolejne słowa studenta wzruszył ramionami. 
- Nie jestem typowym profesorem - zauważył, nawet nie kryjąc się z tym, że wie jak nieskromnie to zabrzmiało. Jego uśmiech nieco się poszerzył. - Choć przyznaję, zdanie innych w dupie mam dość często. 
Jeżeli w rozmowie o trójkątach było coś dziwnego, James tego nie zauważył. Wzruszył ramionami, zapewne chcąc powiedzieć coś na temat tego, że słabe emocjonalnie osoby nie powinny pakować swoich tyłków w skomplikowane figury geometryczne, nie powiedział tego jednak. Nie chciał przerywać Tomicznemu, albo po prostu zapatrzył się na ten bezczelnie zadziorny wyraz twarzy i irytująco dodający uroku dołeczek w policzku. Dopiero po chwili doszło do niego, że zaraz usłyszy prawdopodobnie jakiś suchy żart i nie do końca zdążył się na to przygotować. Dlatego pewnie w trakcie pauzy po zadanym pytaniu miał dość głupią minę psa zbitego z tropu. A może nawet było w tym nieco uroku? W każdym razie, finał żartu był jednak śmieszny, chociaż nie aż tak, jak reakcja samego komika, który opadł na blat stołu. Chcąc nie chcąc James też się roześmiał, chociaż o wiele mniej efektownie. 
Profesjonalizm nie był ważny, kiedy miało się charyzmę, która potrafiła go zastąpić.
- Nie tego się spodziewałem - przyznał, wciąż się lekko śmiejąc, o ile taki przymiotnik pasuje w jakikolwiek sposób do tego chrapliwego śmiechu. Czego się spodziewał? Nie powiedział tego na głos, a jego nikły uśmiech również nie zdradzał niczego.
Kiedy Colette wrócił z bezowocnej wyprawy po piwo, James był tak rozbawiony tym co go spotkało, że na wyrzuty potrafił jedynie odpowiedzieć rozłożeniem ramion. 
- Nie odważyłbym się popsuć jej takiej zabawy. - Uśmiechnął się drapieżnie wypuszczając dym papierosowy z ust i zaciągając się nim przez nos. Jego uśmiech szybko jednak zmienił się w wyraz rozbawienia, gdy Colette zaczął się tłumaczyć. - No proszę, z naszego pozbawionego skrupułów, wścibskiego studenta wychodzi nowa natura. Dobrze, dobrze, panie Zdobywco, nie wiedziałem, że z ciebie taki romantyk. 
W jego głosie wyraźnie dało się słyszeć złośliwość, która świadczyła o tym, że James nabijał się z ciemnowłosego. Nie próbował tego ukryć, bo dobrze wiedział, że siedzi naprzeciwko osoby, którą nie tak łatwo jest urazić. Szybko jednak wyraz jego twarzy stał się z rozbawionego, lekko podejrzliwy, zupełnie jakby Colette pytając czy może napić się jego piwa, chciał mu zwyczajnie napluć do butelki. Oj widać było, że się waha i przyzwolenie przychodziło mu z wielkim bólem i wieloma wątpliwościami. 
- Też jestem terytorialny - zauważył markotnie, przysuwając butelkę piwa w swoją stronę, jakby chciał ją uchronić przed smoczymi łapami. Przez chwilę się wahał, w końcu jednak, z grymasem, a jakże, podsunął Colette butelkę. - Jeden jedyny raz - ostrzegł warkliwie, tak jak to tylko on potrafi. Drapieżny uśmiech wykrzywił mu wargi. - Za każdym następnym, nawet jak wrócisz nago, to nie dostaniesz nawet łyka.
Zaciągnął się papierosem, słuchając opowieści Tomicznego. Zabawne, że James rzadko kiedy spotykał osoby, które dużo mówiąc, jednocześnie go nie nudziły. Zazwyczaj wychodził w połowie jakiejś żmudnej opowieści, nawet się nie żegnając. Ktoś jeszcze dziwi się dlaczego ten człowiek nie ma przyjaciół? No cóż, przy Colette było jednak inaczej. Słuchał go i musiał przyznać ze zdziwieniem, że ma ochotę słuchać dalej. Mimo, że opowieść sama w sobie nie była tym, co James chciał usłyszeć. Uśmiechnął się gdy chłopak skończył. 
- Po tobie spodziewałem się czegoś gorszego - odparł bezceremonialnie. - Sharv jest akurat całkiem wyrozumiały, zresztą to pies, a nie wilk.. - ostatnie słowa wymruczał pod nosem. To nie była pogarda, jednak coś, co stawiało pod znak zapytania zakres tolerancji naszego pana profesora. A może po prostu uważał, że kolega po fachu był zbyt miękki dla studentów? Następne słowa, wypowiedziane z niewinną lekkością, zdecydowanie potwierdzały tę ostatnią tezę. - Ja bym ci kazał wsadzić sobie ten szampon w dupę. - Szeroki uśmiech, który zagościł na jego ustach miał być czymś w rodzaju pojednania. - To tak na przyszłość.
Oczywiście mało prawdopodobne żeby Tomiczny był kiedyś zmuszony pertraktować z Jamesem o oceny, w końcu nie spotykali się na wspólnych zajęciach, jednak zawsze mogły być inne sytuacje, w których pan profesor przycisnąłby Colette do ściany. Metaforycznie... czy też nie. 
Stwierdzenie, że niedługo w ich grze zaczną się wyzwania wydawało się być swego rodzaju ostrzeżeniem, James jednak nie dał się przestraszyć. Co by nie było, lubił udowadniać innym, że jest w stanie zrobić rzeczy, których się po nim nie spodziewają. 
Na pytanie Colette, James zaśmiał się chrapliwie. 
- A są inne rodzaje zadurzenia? - spytał wątpliwie, wciąż się śmiejąc, po chwili jednak spoważniał nieco. - Zależy co rozumiesz przez "definitywnie nie powinieneś". Nigdy nie podobał mi się członek mojej rodziny, raczej mam pecha do kobiet wśród krewnych. Zakonnice, trupy, dzieci i zwierzęta również mnie nie kręcą. 
Zrobił krótką przerwę, jakby chciał się zastanowić nad tym, pozornie łatwym pytaniem. 
- Myślę sobie, że ja w ogóle nie powinienem się zakochiwać, bo to źle wróży i mnie i tej drugiej osobie. Poza tym faktem, jestem na tyle obojętnym na wszelkie przyjęte zasady człowiekiem, że nie sądzę aby jakiekolwiek zadurzenie, poza tymi, których się wcześniej wyparłem, było niestosowne. Według mnie, oczywiście. Nie biorę na poważnie przekonań innych ludzi, którzy próbują rozstrzygnąć jaki wiek, jakie stanowisko, czy jaka płeć jest właściwa do stworzenia związku z drugą osobą. 
Wzruszył ramionami i zabrał ciemnowłosemu swoje piwo żeby napić się z niego łyka po czym przepalił je papierosem. 
- Wydaje mi się, że parę moich bliskich relacji z różnymi ludźmi, mogło być odbieranych jako niewłaściwe. Wielu z nich żałuję, ale to przez wzgląd na moją naturę. - Uśmiechnął się niewesoło, obracając butelkę piwa w rękach. - Nikt nie jest w stanie tak ładnie i doszczętnie spieprzyć związku jak ja, więc ogólnie odpowiedzią na twoje pytanie jest to, że ja raczej nie powinienem się zadurzać w nikim. 
Nie chciał się zastanawiać nad tym, dlaczego tak łatwo mu idzie mówienie o sobie przy Colette, mimo że przecież tego nie lubił. Być może jego otwartość otwierała również Jamesa? Profesor zwieńczył swoją odpowiedź lekkim grymasem, który od biedy mógł uchodzić za uśmiech, po czym odsunął butelkę z piwem Tomicznemu. 
- Serio jesteś takim romantykiem, czy może po prostu jeszcze prawiczkiem? 
Pytanie z serii bomba bezpośredniości, ale w tonie Jamesa nie było złośliwości. Zwykłe pytanie, zupełnie jakby nie różniło się od poprzedniego. Jedynie niewinny błysk w oku mężczyzny mógł zaburzać ten brak różnicy.

James La'Vaqlorie

avatar

avatar
Cytat : Desire, I'm hungry

Gif : Big Bad Wolf

Ranga : Big Bad Wolf

Punkty doświadczenia : 75

Punkty Życia : 100

Wiek : 30

Krew : Czysta

Narodowość : Anglik

Pieniądze : 150G

Pracownicy Uniwersytetu

Powrót do góry Go down

Re: Pub pod pasącą się kozą

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content



Powrót do góry Go down

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach